A dokładniej na czas przed-egzaminacyjny i egzaminów.
Tak się składa, że jestem 3 gimbaza i się uczę :>
poniedziałek, 15 kwietnia 2013
sobota, 30 marca 2013
27. Stój ty ruda wariatko !
Wystarczy gest, słowo,
by zranić tak boleśnie, zniszczyć szansę, cienką nić porozumienia.
Rudowłosa niecierpliwie stukała stopą o
ziemię. Stała w lesie, nie wiedziała nawet gdzie bo Nataniel zapomniał o jakimś
koszyku czy jakimś innym nieznaczącym szczególe. Chociaż jeśli chodzi o piknik to kosz z ekwipunkiem był raczej
ważny. Znudzona Dominique ruszyła sama przed siebie, może to gryfońska odwaga
lub zwykła głupota ale niczego się nie bała. Po stosunkowo krótkim marszu
znalazła się na pięknej łące,
przynajmniej w mniemaniu dziewczyny. Była na niej jedynie długo nie koszona
trawa. Zero kwiatów, pięknych strumyczków czy innych szczegółów. Wokoło las,
który wydawał się nawet w ciągu słonecznego dnia straszy, a dzisiaj było lekko
deszczowo i mglisto, co nie przeszkodziło parze w pikniku.
Ruda stanęła na środku i rozłożyła ręce,
miała na sobie długą, białą suknię, sięgała jej do kostek i był zwiewna. Rude
włosy sięgały samej ziemi a ich właścicielka dostawała szału na myśl o
skracaniu ich. Teraz owa dziewczyna zachwycała się dotykiem wilgotnej trawy na
stopach i uczuciu wszechobecnej mgły. Przymknęła oczy i uśmiechnęła się lekko,
można było ją pomylić z nimfą, czy inną istotą.
- Domiq, przeziębisz się – Chłopak
założył dziewczynie swoją czarną bluzę, która wyglądała na niej komicznie.
- Jeszcze raz mnie tak nazwiesz Natek to
cię wypatroszę – Stwierdziła ruda mrużąc gniewnie oczy.
- Dobrze rudzielcu, ale wiesz.. Oj już
nie bij – Chłopak zaśmiał się widząc jak dziewczyna bije go swoimi niewielkimi
rączkami po torsie – Malutka, to łaskocze. W każdym razie niedaleko jest inna
polanka, wiesz.. strumyk, słonko i kwiatuszki – chłopak wyszczerzył się łobuzersko.
- Ta jest idealna.. I grabisz sobie..
duży – Ich związek nie należał do tych ociekających słodyczą, był za to
burzliwy i dawał rozrywkę ludziom w miasteczku.
Chłopak zaśmiał się i pocałował
dziewczynę w nos, rozłożył na ziemi koc, potem powyciągał smakołyki z koszyka i
uklęknął. Dziewczyna popatrzyła na niego z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
- Dominique – Oj będą kłopoty, myślała
dziewczyna, nigdy nie zwracał się do niej pełnym imieniem – Dzisiaj są Twoje
urodziny, wiesz ? – Rudej rozbłysły oczy – A więc masz już 16 lat. A ja kocham cię jak wariat. Pewnie
udzieliło mi się od ciebie. To jest pierścionek obietnicy – pokazał rudej mały
pierścionek z jednym, malutkim brylancikiem – W dniu twoich 17 urodzin zmieni
się w zaręczynowy. Czy go przyjmiesz ?
Ruda nie ufając swojemu głosowi kiwnęła
głową i dała nałożyć sobie, idealnie pasujący pierścionek . Przyjrzała mu się i
dotarło do niej coś bardzo ważnego, nigdy nie wyznała swojemu chłopakowi
miłości, nawet nigdy za bardzo nie myślała o nim w takich kategoriach. Dopiero
teraz dotarło do niej jakimi uczuciami go darzy. Uklęknęła przed nim i
spojrzała mu głęboko w oczy.
- Natanielu.. Ja cię.. – To jakże piękne
wyznanie przerwał dziewczynie alarm z miasteczka, oznaczał atak. Para poderwała
się i chłopak spojrzał na dziewczynę.
- Zostań tu ! – Rozkazał głosem
nieznoszącym sprzeciwu.
- Nie mam zamiaru ! – Dziewczyna wbiegła
w las, była szybsza od swojego chłopaka i łatwiej jej było omijać drzewa. Na
jej niekorzyść działały bose stopy, ale nie przejmowała się tym. Biegła na ratunek dla wszystkich, których
zdążyła pokochać będąc w tym miasteczku. Zwłaszcza do starej pani Amandy, która
robiła wspaniałe naleśniki, przypominała jej babcię i rozmawiała z nią długie
godziny.
- Stój ty ruda wariatko ! – Z daleka
słyszała przerażony głos Nataniela i tylko jeszcze bardziej przyspieszyła.
Wybiegła z lasu, przed nią pozostało
tylko pokonanie niewielkiego pagórka,
gdy już była na szczycie zobaczyła pole walki, zbiegła z górki i
popędziła do miasta. Około dwadziestu ludzi w czarnych pelerynach napadło na
miasteczko, czwórka leżała na ziemi i kilka osób z miasteczka też. Gdy
dziewczyna była blisko latających promieni, uzmysłowiła sobie jaką popełniła
gafę. Przecież nie ma nawet różdżki. Chciała się wycofać, ale jeden z
napastników zobaczył ją. Nie widziała jego twarzy ale mogła przysiądź, że
uśmiechnął się szyderczo. Dzięczyna usłyszała za sobą uderzenia ciężkich butów
Nataniela za sobą, ale nie spuszczała wzroku z postaci która wysłała w jej
kierunku zielony promień, ruda wiedziona instynktem poniosła przed siebie rękę.
Nie wiedziała czy to czas zwolnił, czy to ona spowolniła promień, ale spokojnie
mogłaby go uniknąć, wiedziała jednak, że wtedy promień uderzyłby w jej
ukochanego.
- Kocham cię Nataniel – Szepnęła z uśmiechem
i poczuła jak ktoś ją popycha, roześmiała się radośnie, jej książę na białym
jednorożcu przybył na ratunek. Odwróciła się nie zważając na bitwę rozgrywająca
się za jej plecami i uśmiech spełzł jej z twarzy. Nataniel leżał na ziemi z
szeroko otwartymi, pustymi oczami. Nie ruszał się, nie oddychał. Jego różdżka
leżała obok jego dłoni, rudowłosa patrzyła na niego, nie rozumiała dlaczego nie
śmieje się razem z nią. Z letargu zbudziło ją zaklęcie, przelatujące jej obok
ucha. Nie patrząc na chłopaka złapała jego różdżkę i podbiegła do walczących.
Nie czuła łez, które leciały jej nieprzerwanie po policzkach, w głowie miała
tylko obraz człowieka w ciemniej pelerynie i pełno nienawiści.
- Zapłacisz mi za to – Wyszeptała i
wskazała na niego różdżką, na co ten roześmiał się szyderczo – avada kedavra.
Dziewczyna rzuciła te dwa słowa jakby w
przestrzeń, a zielone zaklęcie uciszyło człowieka na zawsze, przy okazji
odbierając cząstkę człowieczeństwa Dominique. Dziewczyna roześmiała się tylko
szyderczo i mieszając śmiech ze łzami ruszyła dalej, już bez morderczych
zapędów.
Jej plany popsuło mokre, błotniste
podłoże i ciało.. Ciało pani Amandy.
Dziewczynie pociemniało przed oczami, poderwała się z ziemi i na jej widok
zadrżeli nie tylko mieszkańcy miasteczka ale i rasowi zabójcy.
Biała suknia w błocie i krwi starszej
kobiety, blada twarz, z błyszczącymi na policzkach łzami, rozczochrane,
ubrudzone błotem włosy i oczy. Oczy w których widać było tylko chęć mordu. Nie
wypowiadała już formułki, zielone zaklęcia wylatywały z jej różdżki, idealnie
trafiając w jej cele. Dzięki temu, wszyscy napastnicy starali się zabić ją i
inni mogli ich obezwładnić. Kiedy im się to udało Dominique po prostu stała i
patrzyła, patrzyła w przestrzeń smutnym i pustym spojrzeniem. Czuła jak Mona
zarzuca jej na ramiona pelerynę i prowadzi do sypialni, czuła zmianę
temperatury gdy znalazły się w środku, czuła gorącą wodę spływającą po jej
ciele i w końcu miękkie łóżko na którym siedziała wraz z Moną. Kobieta płakała,
a dziewczyna po prostu patrzyła, patrzyła w tą przestrzeń, jakby miała powrócić
jej Nataniela. Po kilku godzinach zabrakło obecności starszej kobiety, zabrakło
nawet snu i śmierci. Na palcu ciążył jej chłodny metal, zwykły nic nie znaczący
kawałek metalu, zdjęła go i zgniotła w ręku. Nie zwróciła uwagi na to, że nie
powinna zgnieść bez wysiłku białego złota. Powolnymi ruchami sięgnęła do szafki
z której wyjęła wisiorek od Michaela, który na powrót był serduszkiem. Założyła
go na szyję i ubrała białą suknię. Włosy zaplotła w gruby warkocz i założyła
granatową pelerynę. Gotowa wyszła do gabinetu Mony, właśnie tam zastała
kobietę, która z roztargnieniem układała różne papiery.
- Po prostu to powiedz, powiedz, że to
moja wina i że lepiej by było, jakbym się tu nie pojawiła. Ach i jeszcze, że
mam się wynosić.
- To wina waszego czarnego pana. Babra
się w starożytnej magii, ona jest gorsza niż ta idiotyczna czarna magia. Rzucił
na ciebie zaklęcie, które zabija każdego komu wyznasz głębsze uczucie,
oczywiście pozytywne. Nie wiem czy działa to na zasadzie myśl – czyn, czy czyn-
czyn. Najpierw ta twoja przyjaciółka z niewoli, potem Amanda i Nataniel. Tylko
ty możesz zabić tego człowieka i chyba wiesz jak..
- Przecież to niemożliwe ! – Wrzasnęła
dziewczyna zrywając się z fotela na którym dotychczas siedziała - Przecież Nat dopiero co.. on.. dopiero.. Nie
mogę !
- Dominique. Ty nigdy nie byłaś
zwyczajną czarownicą, twój los został już przypieczętowany, ale to sama
wybierzesz, czy pozwolisz mu się wypełnić. Jesteś taka podobna do mnie –
Kobieta popatrzyła na nią z bezgranicznym smutkiem – Łatwiej byłby sobie podciąć
żyły, ale to takie mugolskie. Co zamierzasz moja ruda wojowniczko ?
- Godnie pochowaj tego wspaniałego
człowieka.. Może się jeszcze zobaczymy i.. dziękuję za wszystko – Domi schyliła
głowę, przykładając rękę do serca. W następnej chwili szła już w stronę wyjścia.
Następnie stała przed dwojgiem drzwi i klęła na siebie w duchu, że znów
próbowała uciec od przeszłości, chociaż podświadomie wiedziała, że to na nic.
Zdecydowała się skierować na cmentarz, przystanęła gdy tam trafiła, był kilka
razy większy niż wcześniej, a na nagrobkach przybyło treści. Był dzień, a i tak
było widać miliony palących się zniczy i wieńców. Bez większego problemu
odnalazła posążek aniołka i przy okazji grób swojego dziadka. Dziadka z którym
rozmawiała raz w życiu. Z jej ciemnych oczu znów potoczyły się łzy, a ona
nienawidziła się każdą słoną kropelkę.
- Dziadku kochany – Uklęknęła przed
nagrobkiem i zauważyła małą skrytkę, kierowana ciekawością otworzyła ją i
znalazła swoją różdżkę. Gdy poczuła w ręku magię i ciepło, dotarło do niej ile
istnień pozbawiła dziś życia. Ile rodzin pozbawiła ukochanego członka.
Postanowiła to odpokutować, za wszelką cenę naprawić swoje czyny. A potem..
Potem zakończyć swoje marne życie pełne cierpienia.
Wyczarowała kartkę papieru i mugolski
długopis.
Przepraszam
was bardzo kochani, być może nie żyję, kiedy to czytacie, a może jeszcze
egzystuję. Moją jedyną prośbą jest, byście zapomnieli o mnie. Na zawsze.
Domnique Isabelle Weasley nigdy nie istniała. Dziękuję za wszystkie wspaniałe
chwile i przepraszam raz jeszcze.
Dziewczyna, która popełniła zbyt wiele błędów.
Schowała kartkę i naszyjnik oddania do
skrytki, gdzie znalazła różdżkę i wstała. Gdy kierowała się do wyjścia
usłyszała rozmowę dwóch kobiet.
- Podobno jest atak na pokątną,
zamierzasz iść walczyć ? – Pytała dość otyła kobieta w czarnej szacie.
- Nie zamierzam, kochana – Odezwała się
zbyt szybko kobieta, wyglądająca na kościstą – Nie chcę, żeby Sofia została
sierotą.
- A ona ? Ma już czternaście lat, za rok
może czarować. Nie puścisz jej ?
- Po moim trupie ! – Odrzekła chudsza i
zniknęły z cichym trzaskiem.
Dominique niewiele myśląc poprawiła
kaptur i ruszyła na pokątną. Pojawiła się w jednym z zaułków, gdy wyszła
zobaczyła morze białych i czarnych peleryn. Łatwym zaklęciem czepnym pomogła sobie
wejść na jeden z niższych dachów i strzeliła oszałamiaczem w czarną postać.
Trafiła, ciało upadło, ale to było za mało. On kiedyś wstanie a Nat nie. Tym
razem niewiele myśląc użyła klątwy zabijającej, ogarnęła ją dziwna euforia i
podniecenie. Gdy zabijała przez jej ciało przepływała fala rozkoszy, kochała to
uczucie. Celnie strzelała klątwami, w końcu skoczyła na ziemię. Zostało już
tylko kilka niedobitków. Jeden z nich rzucił avadą w jedną z białych postaci,
tej postaci wystawały czarne lśniące kosmyki.. Takie jak Roxy. A do tego ten
wzrost. To muszą być jej przyjaciele, strzelają głównie oszałamiaczami, dwie
czy trzy osoby rzucały klątwy zabijające.
- Protego ! – krzyknęła Domi ratując
dziewczynę. Pozwoliła tym samym, żeby niebieski promień strzelił w jej pierś.
Przed oczami miała wszystkie osoby, które znała i kochała, widziała jak je
torturują, jak zabijają. A ona stała i nie mogła nic zrobić. Chciała krzyczeć,
nie mogła. Po prostu stała i patrzyła, nie mogąc nawet uronić łzy.
- Roxy !? Nic ci nie jest ? – Michael
podbiegł do przyjaciółki i ją przytulił.
- Ona mnie uratowała – Szepnęła brunetka
– Zabierzmy ją do siedziby kimkolwiek jest. Byle szybko, ludzie zaczynają się
schodzić.
Mike wziął
nieprzytomną na ręce i aktywował świstoklik. W głównej bazie, położyli
dziewczynę, tak sądzili po posturze, wśród rannych i rozebrali się.
- To była świetna
akcja ! Do tego po praz kolejny nikogo nie straciliśmy, dzięki tej osobie –
Wskazał na nieprzytomną – Oni stracili wielu. Dziękuję wam biali, jesteście
wielcy.. Chciałem jeszcze..
- Mike ! To Dominique
! To ona ! – Krzyknęła Roxy, a wszyscy podbiegli zobaczyć czy to prawda.
Pamiętali rudą, jako szarą myszkę, a tu taka zmiana. Dziewczyna wypiękniała, a
jej rysy stały się bardziej arystokratyczne. Miała szeroko otwarte przerażone
oczy.
- Weźcie ją do Muszli
a ja.. – Powiedział w roztargnieniu chłopak.
- Leć za nią ! – Dało
się słyszeć z kilku ust.
- Dzięki ! Jesteście
wspaniali ! Do nie- szybkiego zobaczenia ! – I deportował się.
W muszli panowało prawdziwe zamieszanie. Jedni krzyczeli, inni pojawiali się znikąd, jeszcze inni cicho płakali w kącie. Próbowali obudzić rudą dziewczynę, która nie odpowiadała na żadne bodźce. Leżała z szeroko otwartymi oczami, patrzącymi w przestrzeń, była blada i po jej czole spływały kropelki potu, z kolei jej dłoń była zamknięta w żelaznym zacisku Michaela.
- Mike, bo zrobisz
jej krzywdę – Upomniała go Fleur łagodnie. Popatrzył tylko na nią nieświadomie,
kobieta ze szczęścia roztaczała wokół siebie magie i wszyscy chłopcy w pobliżu zapominali
języka w gębie. Kobieta w przeciwieństwie do swoich córek nie panowała nad tym,
one po prostu musiały chcieć jej użyć, a ona jej używała.
- Przepraszam, ja się
po prostu martwię.
- Mam pomysł – Stwierdził
Bill zadowolonym głosem.
- Znów mamy ją
łaskotać czy podstawiać pod nos tą śmierdzącą roślinę ? – Zapytala blondynka
sceptycznie.
- Nie. Wystarczy woda
– Wyczarował strumyczek z różdżki i dziewczyna zerwała się. Rozejrzała się po
pokoju i w jej oczach pojawiło się zrozumienie. Nagle dotknęła swojej mokrej
twarzy i jej podbródek zadrgał, oddech przyspieszył, a oczy wypełniły się
łzami.
- Już dobrze
kochanie, wypij to – Fleur podała jej eliksir bezsennego snu. Ruda go wypiła i
zapadła w spokojny sen, wolała odłożyć konfrontację z rodziną na później a
najlepiej na nigdy.
- Może ją
przebierzemy mamo ? – Zapytała Victorie, patrząc znacząco na jej pelerynę. I
nagle wszystkie kobiety w domu ożywiły się.
- Racja. Ale damy
radę same – Stwierdziła blondynka i zaczęła lewitować córkę do jej pokoju –
Vic, przynieś proszę jakąś koszulę.
Gdy córka wyszła do
garderoby Fleur zdjęła szatę dla swojej drugiej córki i wciągnęła powietrze.
Rudowłosa miała na sobie białą suknię, na grubych ramiączkach, więc jej ramiona
były odsłonięte. Biegły po nich blizny, głównie słabo widoczne linie, ale były
też rozleglejsze, a zwłaszcza postrzępiona, zaróżowiona, biegnąca po jej lewym
ramieniu. Kobieta z delikatnością dotykała każdej najmniejszej kreseczki, jakby
chcąc wynagrodzić córce tyle cierpienia.
- Victorie ! Zawołaj
ojca, byle szybko ! – Zawołała kobieta przez łzy i wzięła Domnique w ramiona,
kołysząc ją lekko.
Jak to w rodzinie
Weasleyów, jak jedna osoba zostanie zawołana, to zaraz przychodzi cały dom i
tak stało się tym razem. Wszystkich zamurowało, ale Bill skutecznie i dobitnie
wyprosił ich i razem z żoną przebrali córkę, odkrywając przy okazji całą resztę
blizn.
Gdy skończyli, razem
wyszli porozmawiać z całą rodziną a w pokoju u rudej został Mike, który już
wcześniej schował się w ubikacji.
Domi nie obudziła się do wieczora, dlatego wszyscy wyczerpani wrażeniami całego
dnia poszli spać. Oczywiście Michael nie słuchając niczego został przy
dziewczynie i zasnął na fotelu.
Gdy tylko odgłosy
kroków i krzątaniny na korytarzach ucichły ( bo nikt nie wie, co się dzieje za
barierami zaklęcia wyciszającego – zboczone domysły autorki ), Dominique
otworzyła oczy i odetchnęła. Nie spała już od kilku godzin, ale nie miała
zamiaru rozmawiać z tymi wszystkimi ludźmi. Przez czas spędzony w niebie, stali
się dla niej bardziej odlegli, a gdyby znów się do nich zbliżyła, mogłaby
zrobić im krzywdę. Najpierw musi znaleźć sposób na zdjęcie klątwy.
Ostrożnie, żeby nie
obudzić śpiącego chłopaka wyszła do ubikacji, zrobić, w tym wypadku, wieczorną
toaletę, a następnie do garderoby, znaleźć odpowiedni strój. Długo przeglądała
wieszaki i wybrała dwa zestawy, nie wiedziała czy założyć czarne dopasowane,
materiałowe spodnie i czarny golf, czy czarną suknię z długimi rękawami i
rozkloszowanym dołem. Pierwszy strój miał plusy jeśli chodzi o wygodę, a drugi
był raczej odpowiedni na bal.
Dziewczyna trochę
przerobiła suknię, na prostą i dopasowaną. Następnie zarzuciła na plecy
pelerynę, pod którą schowała włosy, ukryła twarz pod obszernym kapturem i
wyszła do pokoju. Od razu spotkała się ze zdziwionym wzrokiem Michaela.
- Domi, co ty tu robisz
? Wychodzisz gdzieś ? – Zapytał kompletnie rozbudzony, a ruda zaklęła w duchu.
- Wychodzę Mike –
Dziewczyna postanowiła trochę wyjaśnić dla chłopaka.
- Czemu, gdzie, po co
?
- Może to zabrzmi
idiotycznie Mike, ale idę dołączyć do czarnego pana – Chłopak popatrzył na nią
z szokiem – Byłam u niego torturowana długi czas, stąd te blizny, które zauważyliście.
Potem trafiłam do wspaniałego miejsca, gdzie nie było wojny – Dziewczyna postanowiła
pominąć Nataniela, żeby się nie rozkleić – Ale gdy milczący zburzyli mój mały
świat postanowiłam się zemścić. Myślę, że tylko ja mogę się pozbyć czarnego
pana, ale najpierw muszę dołączyć do niego i zachować siebie – Dziewczyna zgryzła
wargę i dodała po chwili – Mam do Ciebie prośbę.
- Jaką ? – Zapytał chłopak
z niewyraźną miną.
- Jeżeli tu kiedykolwiek
wrócę, zabij mnie – Powiedziała dziewczyna z pewnością w głosie.
- Chyba zwariowałaś !
- Albo ty mnie, albo
ja was. Dla mnie nie będzie już ratunku. Zrozum to ! Życie to nie jest bajka !
Wy i te wasze białe peleryny niewiele zrobicie w obliczu magii jaką ON operuje.
Nawet jej sobie nie wyobrażam, wiem tylko, że Voldemort jest przy NIM niczym.
- Już mówisz o nim z
szacunkiem – Powiedział chłopak z lekką pogardą.
- Praktyka czyni
mistrza – Odpyskowała dziewczyna i żaby mieć pewność dodała – Zapomnij o mnie
raz na zawsze, bo gardzę twoimi uczuciami. Mogę liczyć na śmierć z twojej
różdżki ?
- Zabił bym cię nawet
teraz, ale liczę, że oni cię poddadzą wyszukanym torturom. Gardzę tobą. Możesz
mieć pewność, że następnym razem, gdy cie ujrzę.. Zginiesz – Głos chłopaka był
zimny i przepełniony nienawiścią. Wskazał rudej drzwi i odwrócił się.
Dziewczyna w duchu pogratulowała
sobie przedstawienia i po prostu wyszła. Miała kolejny problem, jak się
wydostać z domu, żeby bariery się nie rozdzwoniły. Najpierw usiadła i do
swojego mentalnego kufra wrzuciła kilka
wspomnień Nie mogła ryzykować, jej oklumencja była raczej słaba. Jeszcze raz
obrzuciła swój ukochany dom jednym spojrzeniem i podeszła do linii morza (
muszla stoi nad morzem). Wskoczyła do wody i przekroczyła bariery pod
powierzchnią. Pojawił się też kolejny problem.. Jak się teleportować będąc w
wodzie. Była zmarznięta i rozchwiana emocjonalnie, transmutacja w ciało stałe
jej się nie uda, ale zamrożenie tak. Uśmiechnęła się i wyczarowała coś w
rodzaju kry, wspięła się na to z trudem, rzuciła zaklęcie suszące i zniknęła z
cichym „pop”.
Pojawiła się tuż za
ogrodzeniem muszli i popatrzyła w ciemność, zimnym, zdecydowanym głosem
rozkazała:
- Pokaż się.
Z cienia wyszła osoba
w ciemnej pelerynie, ta sama która śledziła jej rodziców na cmentarzu.
- Nie jesteś jednak taka
głupia.. – Stwierdziła postać wyciągając różdżkę i przykładając ją dziewczynie
do serca – A może jednak jesteś.
czwartek, 14 marca 2013
26. Dla Malfoya nie wypada..
- Jak tak
można ?! – Pan Malfoy mówił cichym syczącym głosem, chociaż był czerwony ze
złości, to ton jego głosu był gorszy niż krzyk - Ten głupi Potter, tępy Weasley i szlamowata
Granger !
Wszyscy popatrzyli ze zdziwieniem na pana Malfoya.
- Co masz na myśli kochanie ? – Zapytała Pani Malfoy.
- Jak oni
mogli wydziedziczyć swoje dzieci bo się zakochały ?! - Pomasował swoje skronie – Co o mnie wiecie
dzieciaki ?
- Stosunkowo
niewiele, jeżeli wchodziło na pana temat to wypowiadali się tylko nasi rodzice.
Reszta rodziny milczała, chociaż czasem niektórzy bronili pana i pańskiej
rodziny, czasem George wstawiał się za panem. Ale głównie to złe rzeczy.
- Tak.
Święta trójca Hogwartu zawsze była przeciwko mnie, nic nie wiedzieli.. –
Stalowo-szare tęczówki popatrzyły z bólem w przestrzeń – Dzieciaki idźcie do
siebie a ciebie James.. Zapraszam do gabinetu.
- A ja
ciebie Rosanne do ogrodu – Uzupełniła Astoria.
Gdy dwa
przeciwieństwa usiadły naprzeciwko siebie w biurze pan Malfoy westchnął,
podszedł do regału i wyjął jedną książkę, a z niej flakonik z przeźroczystą
substancją, postawił go przed chłopakiem i ponownie usiadł. James bez wahania
wychylił flakonik wypijając eliksir prawdy.
- Nazywasz
się James Syriusz Potter ?
- Tak.
- Kochasz
Convalie* Caroline Malfoy ?
- Tak.
- Służysz
czarnemu panu ?
- Nie.
Pan Malfoy
podał chłopakowi jeszcze jeden flakonik, neutralizujący działanie poprzedniego
eliksiru.
- Jestem
dumny chłopcze, mam tylko trzy prośby. Pierwsza to.. Poczekaj aż Connie skończy
szkołę, druga nigdy nie podnoś na nią ręki, nie popełnij moich błędów i trzecia..
Proszę o liczne wnuki ale z umiarem – Blondyn zaśmiał się – A teraz interesy,
co zamierzaliście z Rosanne zrobić ?
- Dziękuję
panu, jest pan dużo lepszym ojcem niż mój. Zamierzałem znaleźć pracę, jakiś
domek czy też pokój i zarabiać na siebie i Rose. Wysłać moją kuzyneczkę do
szkoły i pracować jak się tylko da, żeby dać Connie godne życie, jestem gotowy
poświęcić dla niej wszystko.
- Ile zdałeś
owtemów na oceny pozytywne ?
- Zdałem
OPCM, Zaklęcia, Transmutacje, Eliksiry, Numerologie, Zielarstwo i Starożytne Runy.
W tym cztery na Wybitny a reszta na Powyżej Oczekiwań.*
- To
wspaniale ! Do tego jesteś z dobrej rodziny, odważny i kochasz moją córkę. Co
powiesz na posadę w mojej firmie ? Dałbym ci też pokój w tym domu, ale pewnie
chcesz się usamodzielnić więc dam ci na własność dom, w którym również ja
stawiałem swe pierwsze kroki ku dorosłości, jest niewielki ale wystarczający.
- To.. Ja
nie wiem czy mogę to przyjąć.
- Chłopcze..
Wolisz wrócić do Potterów ?
- Zapłacę
panu za to wszystko jak będę miał pieniądze, naprawdę – James uśmiechnął się
szeroko.
- Nie
wątpię. Od jutra zaczynasz, powiem ci co i jak. Staw się tu – Podał chłopakowi
kartkę z adresem – Jutro o 12:00. A teraz chodźmy do pań.
Zastali
Astorię i Rose w altance.
- Draco,
Rose to wspaniała dziewczyna !
- Podobnie
James jest wspaniałym młodym mężczyzną. Rose czy chciałabyś zamieszkać z nami..
I Scorpiusem. Zaadoptowalibyśmy cię, jeżeli nie zrobimy tego w 24 godziny to
magicznie wrócisz do Potterów. Pewnie już zdali sobie sprawę ze swojego błędu,
a ja chętnie dam im w kość.
- A czy to
nie będzie przeszkadzało mi i Scor..
- Nie będzie
na 100 % kochana.
- Więc
chodźmy do ministerstwa ! Tylko błagam.. zmieńcie mi drugie imię – Rose czuła
się swobodnie w towarzystwie swoich nowych opiekunów.
- Złap mnie
za rękę Rose. A ty James znajdź Connie i Scorpiusa i poczekajcie na nas –
Poradziła brunetka.
Brunet
ruszył alejkami Malfoy Manor ale w pewnej chwili stanął. Ech.. Aquamenti.. Czyli nie muszę wam nic
tłumaczyć.
- Po
pierwsze cię zabiję, a po drugie uściskam kochanie ! – Connie rzuciła się na szyję swojego ukochanego.
- Aj !
Moczysz mnie moja mała wiedźmo. W pewnym momencie zamarli.
- Czujecie ?
Connie, zostań ! – James złapał swój wisiorek który się rozgrzał i po
wykrzyknięciu hasła zniknął. Rodzeństwo zrobiło to samo.
***
Wszyscy
patrzyli w szoku na drzwi, nikt nie przypuszczał, że James i Rose naprawdę
wyjdą.
- Zgłodnieją
i wrócą – Stwierdził Ronald i wrócił do jedzenia.
- Albo mi
się wydaje, ale my ich magicznie odrzuciliśmy, czujecie to ? – Ginny popatrzyła
na swojego męża z obawą, wybawiciel świata zbladł.
- Nie
martwcie się, po dwudziestu czterech godzinach magicznie powrócą, chyba, że
James znajdzie dom, który uzna za swój i podobnie Rose, tylko ona musiałaby
jeszcze znaleźć opiekunów. Możemy również wyrzec się ich bez możliwości
powrotu, ale ja tego nie zrobię – Wyjaśniła wszystkim Hermiona.
Wszyscy
zjedli posiłek i zebrali się w grupkach na rozmowy. Molly po stracie męża
wymizerniała, ale dzisiaj wyglądała jakby 20 lat młodziej, z szerokim uśmiechem
gawędziła ze swoimi dziećmi. Gdy już większość zbierała się do wyjścia dwie
rzeczy wydarzyły się szybko, pierwsza to całkowite zerwanie kontaktu z Rose,
odczuła to cała rodzina a najbladziej jej rodzice oraz rozgrzanie się
naszyjników.
- Widzicie
co narobiliście ?! Ja.. Ja muszę to przemyśleć ! – Ruda dziewczyna a za nią
reszta białych, wybiegła z nory i przeniosła się, wykrzykując hasło.
Przenieśli
się do wielkiego pomieszczenia bez okien. Na suficie zamontowane były mugolskie
żarówki a drugą ścianę pokrywały haczyki, a na nich białe peleryny. Wszyscy w
pośpiechu je zakładali i dokładnie pięć minut od wezwania, przenieśli się
trzema świstoklikami do mugolskiej wioski.
To co tam
zastali przeszło ich najśmielsze wyobrażenia. To była po prostu rzeź. Płonące
domy, leżące ciała, krzyki i latające zaklęcia. Bez zbędnych rozkazów zaczęli
walczyć. Siły były wyrównane, ale poza białymi było tu tylko trzech czarodziejów.
Nie raz dało się słyszeć krzyki i napomnienia białych, walczyli ramię w ramię,
a białe peleryny mieszały się z ciemno-zielonymi, pobrudzone krwią. Uczniaki
bały się użyć niewybaczalnych, ale milczący nie mieli z tym najmniejszego problemu.
Nie raz ludzie uchodzili z życiem przypadkowo, w pewnym momencie James nie wytrzymał,
gdy Connie ledwo uniknęła zielonego promienia, jego twarz stężała, rysy wyostrzyły
się i jednym ruchem wysłał zielony promień pod wpływem którego człowiek odziany
w pelerynę upadł na ziemię. Chłopak odczuł ponurą satysfakcję i po raz kolejny
wysłał zielony promień do ciemnych postaci. Roześmiał się szyderczo widząc
padające ciało. Podobnie drobna i niepozorna, ruda dziewczyna. Molly rzucała
zaklęcia uśmiercające z ogromną przyjemnością, co raz wybuchając śmiechem i
płaczem. Nie przejmowała się niczym, liczyło się tylko trafić jak najwięcej
ludzi, którzy bezkarnie zabijają.
Po piętnastu
minutach zaciekłej walki milczący zniknęli, pozostawiając po sobie siedem ciał
w pelerynach i dwunastkę zabitych mugoli. Biali razem wrócili do bezpiecznych
ścian swojego schronienia.
- Słuchajcie
– Michael stanął na środku pomieszczenia trzymając się za ramię – Kto nie jest
ranny i się śpieszy, niech się oczyści i deportuje.* Kto jest ranny proszę na
lewo, nieprzytomni obok. Uzdrawiający zajmijcie się nimi. Jestem z was dumny
biali. James, Molly musicie uważać, czarna magia to niebezpieczna dziedzina, a
zwłaszcza to zaklęcie. Co nie zmienia faktu, ze straciliśmy dzisiaj Eleanor
Hills, która zginęła broniąc własną piersią swojej młodszej siostry, jeszcze
zanim przybyliśmy. Uczcijmy ją minutą ciszy, ją i jej wielka odwagę – Wszyscy zamilkli,
Michael zamienił jej szatę na wieszaku przemieniając biel na szkarłat –
Dziękuję wam. Jeśli ktoś chce odejść niech zrobi to w tej chwili.
Wszyscy
zostali a potem się przegrupowali i prowadzili ciche rozmowy. Molly znalazła
oparcie w Albusie i wszyscy stopniowo znikali, bardziej lub mniej poranieni.
James przeniósł
się do Malfoy Manor w towarzystwie rodzeństwa, a Rose wróciła do Ministerstwa.
W wielkim białym dworku było przerażająco cicho, brunet siedział pod ścianą a z
jego oczu ciekły łzy, Connie i Scorp nie wiedzieli co robić, musieli go szybko
uspokoić a sami byli roztrzęsieni.
- Kochanie
weź się w garść. Na wojnie to normalne – Przekonywała blondynka.
- Nie mów mi, że to jest normalne ! To jest okropne,
rozumiesz ?! Ja zabiłem. Z zimną krwią pozbawiłem życia. Jakąś rodzinę, jakieś
dziecko.. pozbawiłem ojca. I do cholery jasnej mi się to podobało ! To nie jest
normalne i nie wmawiaj mi tego ! – James wstał i odepchnął blondynkę, która
wpadła na ścianę. Chłopak schował twarz w dłoniach a potem przerażony się
cofnął – To koniec Con. Jesteś zbyt czysta dla mnie, zasługujesz na szczęście.
Chłopak szybkim
krokiem ruszył do drzwi a Connie zbladła i zachwiała się..
***
-Rosanne
Camille Malfoy brzmi dużo lepiej niż
Rosanne Hermiona Weasley, nie uważacie ? – Rose szybko wróciła do ministerstwa
i dokończyli adopcję.
- Masz całkowitą rację.. Córeczko. Wracamy do domu ? – Zapytała Astoria i przytuliła dziewczynę.
- Masz całkowitą rację.. Córeczko. Wracamy do domu ? – Zapytała Astoria i przytuliła dziewczynę.
- Wracajmy.
Teleportowali
się przy bramie i ruszyli ku domowi, w tym samym czasie wypadł z niego James.
Po policzkach ciekły mu łzy i nie patrzył gdzie idzie.
- James ?!
Co ci się stało ? – Ruda podbiegła do chłopaka – Chodź porozmawiać.
Po chwili
dobiegli też zapłakana Connie i Scorp z zaciśniętymi ustami.
- Dzieciaki,
deportujcie się do nowego domu Jamesa, tu macie adres. Con, Scorp.. Możecie zostać
nawet na noc.
- Dzięki
tato. Ale może zrobisz świstoklik – Roztrzęsiona blondynka popatrzyła błagalnie
na ojca. Ten złapał zapalniczkę i podał ją dziewczynie, młodzież ją chwyciła i zniknęła.
Pojawili się
przed dużym domem, był na przedmieściach Londynu, przy ulicy. Nie było żadnego ogrodu
ani nic podobnego. Weszli do środka i zamurowało ich. Znajdowali się w wielkim
salonie, z widokiem na ogród z basenem. Jasne zasłony, komplet wypoczynkowy i
dywan idealnie komponowały się z czarnymi dodatkami. Connie usiadła w fotelu i
schowała twarz w dłoniach.
- Wasz
ojciec nie wie co znaczy „mały” – Stwierdził gorzko brunet – Convalie, możemy
porozmawiać..? Na osobności ?
- Oczywiście
James.
Wyszli do
kuchni a inna para została w salonie. Rose usiadła na dywanie i odetchnęła.
Rozpaliła ogień w kominku jednym machnięciem różdżki i popatrzyła wyczekująco
na blondyna.
- Zamierzasz
tak stać ?
- Dla
Malfoya nie wypada siadać na podłodze.
- To masz
problem kochanie, bo jestem Malfoyem i siedzę – Stwierdziła ruda.
- Chyba się poświęcę..
– Wybuchli głośnym śmiechem, a po chwili w salonie pojawili się szczęśliwi
Connie i James z parującymi kubkami w rękach.
- Nie wiem
czy to imperius ale jeśli to gorąca czekolada to ja nie wnikam – Stwierdziła ruda
i zabrała kubek.
___
* Convalie
czyli Connie
* Zwykle uczniowie zdają 3-4 ( chyba )
* Już w 5
klasie mogą używać magii jakby ktoś zapomniał
SORKI ZA
ZAPYCHACZA. Akcja w następnym rozdziale.
sobota, 2 marca 2013
25. Kochanie..
To co jest przyczyną twoich najgłębszych cierpień, jest zarazem źródłem
twoich największych radości
(Antoine de
Saint-Exupéry)
-
Ruuudzielcu – Nataniel leżał na wyczarowanym kocu i bawił się włosami
Dominique, której głowa leżała na jego klatce piersiowej.
- Tak wredny
kochany małpiszonie ? – Byli parą już ponad miesiąc i dobrze im się żyło.
Dominique wcześniej spontaniczna, żywiołowa i nieokiełznana, była teraz
bardziej spokojna i wyważona.
- A chcesz
prysznic słoneczko ?
- Oj dobrze,
dobrze. Cofam tego wrednego małpiszona – Dziewczyna pokazała mu język a on
zaczął bawić się różdżką. Co prawda chłopak miał nad nią dużą przewagę, podczas
gdy ona była bezbronna, ale ani razu nie żałowała, że pożegnała się z magią.
Użył na niej innych czarów niż strumień wody tylko raz i to podczas kłótni po której zostali parą.
- Zostaw mnie ! Rozumiesz ?! Masz
wyjść w tej chwili i nie chcę cię widzieć już nigdy ! – Dziewczynie po
policzkach leciały łzy. Podczas jednej z ich słynnych gierek słownych
powiedzieli o kilka słów za dużo i Nataniel popchnął dziewczynę. Wydawało jej
się, że ma skręconą kostkę, ale nie przeszkadzało jej to w wrzeszczeniu na
chłopaka.
- Masz mnie posłuchać w tej chwili !
Nie waż się otwierać tych ust ! Silencio ! Teraz mnie posłuchasz czy tego
chcesz czy nie ! – Po pomieszczeniu rozniósł się plask, kiedy ręka rudej
uderzyła z impetem w policzka chłopaka – Drętwota.
Dziewczyna nie straciła przytomności,
ani nie uderzyła w ścianę. Zmroziło ją i nie mogła poruszyć nawet najmniejszym
palcem, nie mogła nawet płakać.
- Grzeczna dziewczynka. Posłuchaj
mnie.. Nie mogę patrzeć jak mnie ignorujesz, albo jesteś ślepa.. Albo wredna !
Kocham cię ! Rozumiesz ?! Jesteś moim powietrzem i moją wodą.. Moim
sensem, jesteś dla mnie wszystkim co mam
i czego nie mam – Podszedł i pocałował ją, nie ważne jak bardzo chciała, nie
mogła oddać pocałunku. Po chwili odsunął się od niej i po prostu wyszedł z
pokoju zostawiając ją samą. Zaklęcie działało jeszcze trzy długie godziny,
podczas których wszystko przemyślała. Pobiegła do chłopaka i pocałowała go z
cała mocą, nie potrzebowali słów.
- No więc Domi.. Wiesz, że dzisiaj skończyłabyś piątą
klasę ? A już niedługo kończysz szesnaście lat. Potem siedemnaście i jesteś
pełnoletnia.
- Nie wiem
do czego dążysz ale masz rację. Tutaj nie czuje się upływu czasu, tęsknię za
nimi, wiesz ?
- Za tym
Michaelem też ? – Spytał chłopak ze złością.
- Wiesz, że
to moja pierwsza miłostka. Teraz mam tylko Ciebie ! A on i tak traktował mnie
jak młodszą siostrzyczkę, a nie dziewczynę. No już nie bocz się kochanie..
Chodźmy na naleśniki !
Póki co staje się to wątkiem
pobocznym, ale tylko chwilowo, przepraszam również za skakanie w czasie.
***
Od kiedy
tylko założyli stowarzyszenie Białych prawie codziennie spotykali się w
kwaterze. Minęły dopiero dwa tygodnie a wszyscy opanowali formy animagiczne,
patronusy i kilka ważnych zaklęć. Wszyscy też zżyli się ze sobą. Większość odpoczywała
właśnie przed kominkiem w salonie, był sobotni wieczór a oni mieli już
odrobione zadania.
- To się
robi podejrzane – Stwierdziła panna Malfoy – Ślizgoni gadają z Gryfonami.
Krukoni opuszczają się w ocenach a Puchoni są bardziej odważni.
- Przydałaby
się jakaś aferka – Rozmarzyła się Ana.
- Bo co
bardziej zbliża ludzi, niż wspólny szlaban ? – Zagaił Tony Nott.
Mam plan –
Błękitne oczy Connie zamigotały psotnie – Słuchajcie..
___
W sobotni
wieczór wszyscy zebrali się na kolacji, dyrektor chciał coś ogłosić więc
wszyscy czekali z niecierpliwością.
Zwłaszcza Biali, plan Connie był idealny, żeby zrealizować go właśnie
dzisiaj.
- Zanim
zaczniecie zapychać swoje żołądki pysznościami przygotowanymi przez skrzaty
domowe – Profesor Jerome wstał i popatrzył z lekkim smutkiem na swoich uczniów
– Chciałbym coś ogłosić. Jak zapewne wiecie w naszym świecie źle się dzieje. Po
raz kolejny zło triumfuje, ale wy chociaż bezpieczni, żyjący w słodkiej
niewiedzy.. Boicie się. Dla chwilowego zapomnienia organizowane jest ostatnie
wyjście do Hogsmade. Po nim będzie bal dla wszystkich, kupcie piękne suknie i
szaty i bawcie się. Bal odbędzie się w niedzielę, a wyjście w sobotę.
Uczestnictwo, chociaż chwilowe jest obowiązkowe, dla nauczycieli również. Jest
wiosna.. Czas miłości ! Bawcie się !
Gdy ucichły
oklaski do Wielkiej Sali wpadła wleciała samotna sowa, która wylądowała przed
Rose, dziewczyna udała idealne zdziwienie i odwiązała od nóżki zwierzęcia list,
ptak szybko wyleciał, a ruda przeczytała szybko list. Potem wstała i
dramatycznie wskazując stół Ślizgonów krzyknęła.
- Który z
was wy Ślizgońske pomioty mi to wysłał ?! Sądzicie niby, że Weasleye są gorsi
?! To pewnie ty.. Malfoy – Ostatnie słowo wysyczała.
- Jak śmiesz
obrażać mojego brata ?! – Connie wstała i z wielką furią zaczęła bronić
blondyna, który również wstał i z wyższością patrzyła na rudą.
- Szkoda by
mi było papieru na ciebie, wiewiórko.
- Przeroś ją
! – Wstał Hugo, który był już tak czerwony, że skóra gryzła mu się z włosami.
- Właśnie !
– Wstali wszyscy którzy mieli za babcię i dziadka, Molly i Artura.
- Bądźcie
cicho ! Ja się uczę - Poparła ich Vivienne i kilku Krukonów. Po tym jakże miłym
komentarzu Roxanne, Connie, Hope i Molly jednocześnie rzucili jedzeniem w kogo
popadnie. Tak rozpętała się największa bitwa na jedzenie w dziejach Hogwartu.
Wszędzie latało jedzenie, było na ścianach, podłodze.. Na uczniach. Wszyscy się
śmieli i rzucali czym popadnie.
- DOSYĆ ! –
Wrogi głos dyrektora rozniósł się po pomieszczeniu – SIADAĆ !
Usiedli
wszyscy uczniowie z wyjątkiem Białych. Ponieważ oni z premedytacją wysłali
pyszne pociski w stronę dyrektora. Ze śmiechem patrzyli jak jedzenie rozbija
się na twarzy autorytetu i jak wyglądają wszyscy uczniowie.
- Carot, Potter,
Weasley, Longbottom, Weasley , Smith, Hills, Lons, Lons, Parret,
Modern, Potter, Weasley, Wood, Thomas, Weasley, Hills ,Weasley, Creevey,
Volen, Potter, Feelish,
Malfoy, Callis, Weels, Weels,
Wood, Weels, McLaggen, Marissial, Moraus,
Candes, Volen, Smith, Eric, Dowes, Malfoy, Nott. Zostajecie w Wielkiej Sali na noc, a jutro
rano to pomieszczenie ma lśnić ! Oddajcie swoje różdżki dla woźnej, ona
przyniesie wam potrzebne rzeczy i wypuści was rano, chyba, że wam się nie uda..
Nie wyjdziecie zanim nie skończycie ! Czy to jasne ? A reszta do swoich Pokojów
Wspólnych !
Gdy ostali sami bez różdżek i z
kilkoma wiadrami, workami i ściereczkami miny trochę im zrzedły.
- To właśnie ta trudniejsza część
naszego planu – Stwierdziła sceptycznie Connie.
- No trudno, trzeba brać się do roboty
! – Stwierdził Scorpius.
- Malfoy dobrowolnie chce sprzątać ?
Jestem zadziwiona – Zironizowała Rose – Kto ma zapasowe różdżki w naszyjnikach?
Jak się okazało miało je tylko trzech
Ślizgonów. Szybko wyznaczono zadania dla osób z różdżkami i wybłagało się
skrzaty o pomoc i po godzinie w miarę ciężkiej pracy i odrobinie magii
bezróżdżkowej, która szła wszystkim opornie, Wielka Sala lśniła. Tak w prawdzie
to nie lśniła a była czysta ale to szczegół.
- Braciszku, co ty robisz ? – Connie
podeszła do blondyna widząc jego wysiłki w bezróżdżkowym transmutowaniu
patyczka w kwiatek, wyszedł mu mały niebieski kwiatuszek. Położył go na stole i
zignorował siostrę. Dziewczyna, transmutowała mu jakiś papierek, w piękną różę i odeszła kawałek.
- Ej.. Rose.. Czy zechciałabyś może
pójść z tą różą na bal ? – Zapytał przechodzącą dziewczynę. Ta zarumieniła się.
- Chodziło mu o to czy nie chciałabyś
iść z nim na bal – Uzupełniła Connie widząc jak jej brat się męczy.
- Ja znaczy róża.. Ee.. – Rose
rozejrzała się jakby szukając pomocy.
- Moja kuzyneczka z chęcią pójdzie z
tobą na bal Malfoy, sam jej się dziwię – James Potter wkroczył do akcji.
Zarumieniona Rose odłożyła różę i wzięła mały niebieski kwiatuszek.
- Za chęcią. Tak – Scorpius słysząc
odpowiedź rozpromienił się.
- Skoro wam tak dobrze idzie
tłumaczenie to może wy też pójdziecie razem ? –Zapytał blondyn.
- Przecież on jest starszy i ja i on..
Nikogo zmuszać nie będę – Stwierdziła Panna Malfoy unosząc podbródek.
Droga Connie, w twych pięknych oczach
można się zgubić, twych srebrzystych włosów poszukuję każdego dnia, uśmiech na
twoich różanych wargach jest jak najlepszy prezent – Wziął różę, którą odłożyła
Rose – Czy uczynisz mi ten zaszczyt i pójdziesz za mną na bal ?
- Oczywiście, że tak – Dziewczyna
miała oczy wielkości galeonów ze zdziwienia ale też szeroki uśmiech.
- Tylko uważaj na moją siostrzyczkę,
Potter.
- A ty na moją kuzynkę, Malfoy.
- Skoro tak wszyscy się zapraszają
to.. – Zaczął Lucas.
- My też musimy coś zrobić – Dokończył
Matthew. Obaj w skupieniu transmutowali patyczki w małe kwiatki.
- Melody…
- Isabelle..
- Pójdziecie z nami na bal ? – Spytali
już jednocześnie.
- Chętnie – Odpowiedziały zarumienione
dziewczyny.
W pary dobrało się jeszcze kilka osób.
Między innymi Maxxie i Hope, czy Viv i Fred. Jak się okazało biali mogliby się
stać czerwonymi tyle w nich miłości.
___
-
Dobra, bądźcie czujni, jak tylko zobaczycie coś podejrzanego to dajcie znać
wiecie jak. I dziewczyny… Miłej zabawy – Skończył gadać Michael i Biali
rozeszli się po miasteczku. Dziewczyny i chłopcy chodzili oddzielnie, bo jak
stwierdziły „Chłopcy muszą mieć niespodziankę” a niektórzy, tacy jak James, nie
widząc swojej ukochanej pięć minut wpadali w panikę. Po jakiejś godzinie
Michael dyskretnie rozejrzał się po miasteczku. Zauważył w ciemnym zaułku trzy
zakapturzone postaci, widział, że dziewczyny weszły ostatnio do TM więc
naszyjnikiem dał znać reszcie i zaczaił się, żeby coś podsłuchać. Nie udało mu
się to, ponieważ za chwilę zaczęło pojawiać się ich coraz więcej.
-
WSZYSCY PONIŻEJ PIĄTEJ KLASY I NIEZDOLINI DO WALKI MAJĄ SIĘ SCHOWAĆ ! ATAKUJĄ !
MILCZĄCY ATAKUJĄ ! DO TRZECH MIOTEŁ ! – Krzyknął magicznie zgłośnionym głosem i
zaczął rzucać zaklęciami w postaci. Dołączyło do niego kilku Białych, ludzi z
miasteczka i nauczycieli. Dziewczyny pomagały dzieciakom się schować, gdy
skończyły, dołączyły do walki.
Postacie
w pelerynach, których było raptem pięćdziesiąt, zamiast atakować musiały się
bronić. Po kilku minutach przegrani
łapali nieprzytomnych towarzyszy i aportowali się z trzaskiem. Michael rzucił
zaklęcie antydeportacyjne na nieprzytomną trójkę. Przez to dostał zaklęciem
tnącym w brzuch, siła zaklęcia odrzuciła go na ścianę. Poszkodowana została też
Connie, która dostała tym samym zaklęciem w twarz i Judith, która dostała
oszałamiaczem.
Wszyscy
załapali zakupy i pośpiesznie wrócili do zamku. Uzdrowicielka wysłała
przeniosła blondyna do Św. Munga, ocuciła Judi i zajęła się Connie. Blondynka
nie uroniła nawet łzy, ale twardo wyprosiła z pomieszczenia Jamesa, który
szalał z niepokoju.
-
Jesteś bardzo twarda Connie, ale wiem, że cię boli. Nie musisz udawać przede
mną – Uzdrowicielka machała różdżką przy twarzy dziewczyny.
-
Czy.. czy zostanie mi ślad ? – Łzy popłynęły z błękitnych oczu.
-
Niestety, to czarno-magiczna klątwa. Tylko tyle mogę zrobić, z czasem zblednie,
nie martw się. Proszę – Uzdrowicielka podała dziewczynie lusterko. Blondynka
przejrzała się w tafli, na jej nieskazitelnej twarzy pojawiła się szpecąca
blizna. Przechodziła przez cały lewy policzek.
-
Dziękuje pani, ja już chyba pójdę – Dziewczyna zauważyła, że chłopaki zabrali
jej partnera na bal do dormitorium, tak jak prosiła. Wolno skierowała się do PW
Krukonów i mając na sobie zaklęcie kameleona położyła się do łóżka, zasłoniła
kotary i dopiero tam dała upust emocjom. Przespała całą noc, obudziły ją
rozmowy jej koleżanek z dormitorium, które szykowały się na bal.
-
Martwiłyśmy się śpiąca królewno. Niklaus i Natan wręcz szaleli w Pokoju
Wspólnym.
-
Viv.. Ja wyglądam okropnie.. Zobacz – Connie odsłoniła włosy i pokazała
policzek – Teraz James już na pewno nie zechce ze mną być.
-
Przecież cię kocha, to widać.
-
Nie widzę tego i nie zobaczę a na pewno nie dzisiaj.
-
Nie idziesz na bal ?
-
Nie.
-
Masz się szykować, może jakoś to zakryjemy, znam jedno zaklęcie.
-
Nie mam zamiaru.
-
Tylko dziś. Connie, chodź ! Zastały tylko dwie godziny do balu !
Connie
ubrała się w długą srebrną sunię, która idealnie opinała jej ciało,
uwydatniając wszystkie jej atuty, była prosta do samej ziemi, ale szykowna, z
pięknym delikatnych obszyciem. Do tego szpilki, w których i tak była dużo
mniejsza od swojego partnera. Włosy w lekkich lokach były leciutko podpięte a
reszta spływała na plecach gdzie było duże wycięcie. Zrobiła też lekki makijaż,
efekt psuła tylko świeża blizna na jej policzku. Viv miała zieloną krótką
sukienkę, odciętą pod piersiami ślicznym paskiem, a włosy spięła w artystyczny
kok.
-
Potem zejdę. Proszę.. Daj mi chwilkę.
Viv
westchnęła i zeszła, widziała wyczekujące spojrzenie Pottera więc podeszła do
niego.
-
Wątpię żeby zeszła, ale jeśli ci bardo zależy.. Hasło sam musisz odgadnąć.
James
nie patrząc na nic pobiegł do drzwi i chwycił za klamkę, nie puściły rozległ
się jedynie głos „Kto był pierwszy, czarodziej czy mugol ?” Brunet pomyślał
chwilę.
-
Są to jakby dwie różne razy, więc byli jednocześnie – Stwierdzi chłopak
niepewnie. Drzwi się na szczęście otworzyły. Rzucając zaklęcie, które wymyślili
z chłopakami, wbiegł do dormitorium Connie.
-
Viv, mówiłam ci, żebyś dała mi chwilę.
-
Tak żebyś już nie przyszła wcale ? – Zapytał James.
Dziewczyna
rzuciła na siebie zaklęcie kameleona.
-
Po co tu przyszedłeś ?
-
Nie chcesz iść ze mną ? Czemu się ukryłaś ? Connie… ?
-
James.. ja myślę, że to nasz koniec, chociaż nie mieliśmy początku.
-
Czemu ? – Zapytał chłopak słabo.
-
Dlatego – Dziewczyna zdjęła zaklęcie i pokazała chłopakowi policzek. Zdziwiła
się, gdy brunet podszedł i pogłaskał ją po policzku.
-
Kochanie, jak dla mnie to tylko pokazuje twoją odwagę. Kocham cię z blizną i
bez niej, bo jak na ciebie patrzę, to widzę tylko miłość mojego życia.
-
Ja cię też kocham.
-
Zostaniesz moją dziewczyną ? Proszę..
-
Z wielką chęcią - Ich usta złączyły się w pocałunku.
Podobnie
na balu, w ciemnym rogu, rudowłosa i blondyn świętowali swój związek
pocałunkami. Nie wiedzieli ile przyjedzie im zapłacić za miłość między
znienawidzonymi rodami.
___
- Do nie szybkiego zobaczenia BIALI !
– Zaczął przemowę Michael, dzisiaj odjeżdżali do domów, a on sam wyszedł ze
szpitala dzień sprzed egzaminami – Jednak gdy rozgrzeje się wasz naszyjnik a
będziecie gotowi walczyć, wystarczy powiedzieć „biali” przeniesie was do
jednego miejsca, gdzie się przebierzemy i razem stawimy do walki. Miłych
wakacji !
Wszyscy wesoło rozmawiając ruszyli po
swoje kufry. Potem w pociągu siedzieli grupkami, których nigdy by sobie nie
wyobrażali. Dzieci Weasley- Potter szykowały się na wielka ucztę w Norze,
zawsze po zakończeniu roku zbierali się tam. Dziewczyny ogarnął dziwny smutek,
nie będzie tam z nimi Domi. Gdy dojechali ich kufry zostały zmniejszone a oni
teleportowali się do Babci Molly. W jednym z ataków zginął dziadek Artur i
jedynym pocieszeniem rudej kobiety były wnuki. Postarzała się bardzo przez te
kilka miesięcy, ale jej zdolności kucharskie nie zmieniły się.
- Więc kochanie, masz już jakąś
wybrankę ? Chłopak z szanującego się
rodu powinien brać ślub po zakończeniu szkoły – Ginny zwróciła się do syna.
- Mam dziewczynę mamo i kocham ją nad
życie, ale jest młodsza.
- Kto to ? Znam jej rodziców ? Może ją
przyprowadzisz ?
- To Connie.. Connie Malfoy.
- MALFOY ?! – Krzyknęło kilka osób.
- Tak ! Jest Krukonką i to wspaniała
dziewczyna !
- Nie będziesz chodził z tym
pomiotem ! – Syknął Harry.
- Ja też jestem z Malfoyem ! –
krzyknęła Rose.
- O nie ! Już nie jesteś ! Chyba, że
wolisz tą małą tleniona fretkę od nas ?! – Ron poczerwieniał na twarzy a kuzynostwo
patrzyło na bruneta i rudą współczująco.
- Wolę jego – Szepnęła Rose.
- Możesz zapomnieć o nazwisku Weasley
i nie masz po co wracać do domu ! – Wysyczał Ronald, a Hermiona milczała.
- A ty kogo wolisz młody człowieku ? –
Pan Potter spojrzał na syna.
- Wolę Connie.
- Tez nie masz po co wracać do domu,
dopóki nie zmądrzejesz – Rose i James wyszli ramię w ramię z domu i nie
zaszczyciwszy Nory spojrzeniem, James deportował ich do jakiegoś parku.
- Co robimy kuzynie ?
- Musimy chyba powiadomić Connie i
Scorpiusa o stanie rzeczy i zobaczyć jak zareagują ich rodzice. Potem znajdę
jakąś pracę i będziemy jakoś razem żyć. Nie mamy innego wyjścia Rose – Chłopak
wstał podał rękę dla rudej, zniknęli z
cichym trzaskiem.
Pojawili się przed bramą wielkiej
posiadłości, James przycisnął guzik i pojawił się przed nim skrzat domowy.
- My do panienki Malfoy i panicza Malfoya – Powiedziała pewnie ruda.
- Skrzat deportował się i po chwili
brama uchyliła się, zdenerwowani weszli na kamienną drużkę i ruszyli do domu,
gdzie na ganku stały osoby ich życia.
- Co się stało ? – Zapytała Connie
przytulając Jamesa.
- Wywalili nas z domu mówiąc prosto.
Mówiliście już swoim rodzicom ?
- Właśnie zamierzamy to zrobić,
wejdźcie.
- Kto przyszedł kochanie ? – W
drzwiach pojawiła się brunetka z błękitnymi oczami – Witam, jestem Astoria
Malfoy – Kobieta podała rękę dla rudej i bruneta.
- Rosanne, niestety bez nazwiska i James
podobnie jak ja.
- Wejdźcie.
- Mamo, tato – Zaczęła Connie – To
jest James kiedyś Potter, mój chłopak.
- A to Rose kiedyś Wealsey, moja
dziewczyna – Dokończył Scorpius i niepewne spojrzeli na Pana Malfoya który
poczerwieniał ze złości.
niedziela, 24 lutego 2013
24. Biali.
"Kto się nie zmaga ze sobą, musi walczyć ze światem."
Dominique i
Nataniel siedzieli w „słoneczku” i jedli naleśniki. Dominique zamówiła z
owocami a Nataniel z czekoladą.
- Mogłabyś
mi nie podbierać naleśników Dom ? – Zapytał Nataniel z błyskiem w oku.
- Możesz
mieć nadzieję. Nadzieja matką głupich, a każda matka kocha swoje dzieci –
Dominique zachichotała i podkradła chłopakowi kolejny kawałek.
- Nie susz
tak tych swoich ząbków i zwolnij trochę bo cukrzycy dostaniesz – Dominique
powiedziała coś pod nosem, zabierając jeszcze kawałek – Co tam mamroczesz ?
- Mówię do
siebie. Musze porozmawiać z kimś inteligentnym.
- Ciebie to
uzdrowicielka jednak nie upuściła przy porodzie. Ona walnęła tobą o ścianę –
Nataniel pokazał swojej towarzyszce język.
- Wiesz.. Moja mądrość mnie przeraża, ale
twoja głupota to już szczyt. I zostaw moje truskawki !
- To zastaw
moją czekoladę !
- Masz humor
i wyglądasz jak wampir, który wstał prosto z grobu i stwierdził, że jest martwy
– Dominique zjadła chłopakowi ostatni kawałek naleśnika i odsunęła swój talerz
jak najdalej się da.
- Ta
konwersacja jest poniżej poziomu.
- Żeby być
na twoim poziomie, musiałbym wykopać wielki dół i schować się na samym dnie.
- Jaka ty
jesteś dowcipna. Mam nadzieję, że głupotą się nie zaraża przez dotyk, bo
wszystkie szare komórki mi umrą.
- Za późno –
Domi poczuła strumień zimnej wody na swojej głowie.
- Jakby nie
patrzeć to ja mam różdżkę rudzielcu..
- Ja ci
zaraz dam rudzielca ! – Dominique wywaliła cały talerz naleśników z owocami na
chłopaka i wybiegła ze śmiechem z kawiarenki. Bardzo często prowadzili takie
rozmowy i rzadko kiedy rudej udawało się wygrać, ale to nic dziwnego. W końcu to Nataniel dzierżył różdżkę.
***
- Lily nie
możesz ! Przecież to twoje urodziny ! – Roxanne, jaki i cały pokój wspólny
Gryffindoru chciały zatrzymać rudą. Zorganizowali imprezę niespodziankę, a Lily
twierdziła, że ma inne plany.
- Zrozumcie,
Ann to puchonka i też ma urodziny. Nie mogę jej zostawić. Ale bawcie się ! – Alice sceptycznie przyjrzała się
dziewczynie. Była wyszykowana jak na imprezę, ładno zielona sukienka, szary
sweterek, włosy w lśniących falach i idealny makijaż.
- Kłamie –
Szepnęła Alice kiedy dziewczyna zniknęła za portretem a zabawa się rozpoczęła.
- Zauważyłam
– Stwierdziła Ana.
- To nasza
przyjaciółka ! Musimy się włamać do pokoju wspólnego puchonów ! – Stwierdził
Lucas.
Całą
szóstką, bo cudem wyciągnęli Michaela, ruszyli. Gdy doszli na miejsce,
dowiedzieli się, że nikt nie wchodził do tego pokoju od co najmniej dwóch
godzin. Nieszczęśliwi wrócili do PW Gryffindoru i rozeszli się do dormitoriów.
Nie mieli ochoty na zabawę.
- Nie wiem
jak wy ale ja rzucam kameleona i wybadam kiedy wróci ! – Anastasia ubrana w
piżamę w kotki, zasłoniła kotary swojego łóżka i rzuciła na siebie trzy
zaklęcia. Zrobiła to niewerbalnie więc dziewczyny patrzyły tam, gdzie przed
chwilą stała.
- Ja też
chcę ! Rzucisz na mnie te zaklęcia ? – Zapytała szybko Roxy i po chwili jej też
nie było widać.
- No to
zarywamy nockę ! – Rzuciła wesoło Alice i niewidzialna usiadła na
sofie-parapecie. Z kolei Ana i Roxy usiadły razem w rogu na kanapie i
plotkowały cicho. Niewiele osób wie, ale dziewczyny przerobiły swoje
dormitorium. Po pierwsze powiększyły je dwa razy, potem ustawiły na
podwyższeniu łóżka. Stały blisko siebie więc nie zajmowały dużo miejsca. Potem
przerobiły dwa parapety na wygodne kanapy przy oknach. Znalazły podłączenie do
magicznego systemu dymnego i wyczarowały kominek. Wokoło niego ustawiły kilka
foteli i kanap, oraz mały stolik. Pod drugą ścianą stała podwójna toaletka z
wygodnymi fotelami i mnóstwem kosmetyków. W rogu wisiały cztery bujane fotele.
Był to krzyk mody w czarodziejskiej społeczności. Na podłodze, leżały perskie dywany, a wielkie biurko do
odrabiania zadań było zawalone gazetami dla młodych czarownic.
Dziewczyny
cierpliwie czekały i dopiero koło pierwszej w nocy do pokoju weszła cicho Lily.
Pierwszym co zrobiła było wyciszenie łóżek swoich współlokatorek, potem usiadła
na jednym z dywanów i zaczęła głęboko oddychać. Dziewczyny zobaczyły, że ma rozmazany
makijaż i porwaną sukienkę. Roxy chciała się ujawnić ale Ana ją powstrzymała.
Ruda uspokajała się jakiś czas, a później podeszła do toaletki i wyjęła maść na
siniaki Roxanne. Brunetka grała w drużynie domu jako ścigająca i
niejednokrotnie potrzebowała tego specyfiku.
Tymczasem
Lily zdjęła sweterek i dziewczyny mogły zobaczyć, czerwone ślady rąk na bladych
ramionach przyjaciółki. Dziewczyna z cichym westchnieniem posmarowała policzek,
szyję, ramiona i jedną nogę a potem odstawiła maść. Szybko wytarła rozmazany
makijaż i różdżką zmieniła strój na piżamę a potem poszła spać. Anastasia
zdjęła zaklęcia ze zszokowanych dziewczyn i również zszokowana położyła się na
łóżku.
Po zarwanej
nocy dziewczyny siedziały na śniadaniu. Lilyanne znowu gdzieś znikła a
dziewczyny podzieliły się tym co widziały razem z chłopakami. Dyskutowali o
tym, kiedy podeszła do nich Vivienne, była to ich dobra koleżanka. Była
Krukonką i to na tym samym roku. Wcisnęła się między dziewczyny i zaczęła mówić
- Wiecie,
dzisiaj szłam z Alanem na śniadanie i natknęliśmy się na Lilkę. Wyglądała jakby
płakała i była w kiepskim stanie. Pytałam co się stało, to stwierdziła, że nie
mój zakichany interes i gdzieś pobiegła, ja nie wiem co się z nią dzieje.
- Mu same nie
wiemy.
- Słuchajcie
! – Do miejsca gdzie siedzieli podszedł James a za nim jak cień ciągnął się
jego i Lily brat, Albus – Albusik twierdzi, że w jego zacnym Hufflepuffie nie
ma żadnej Ann.
- Witam
Gryfoniaków – Kolejnym gościem przy ich stole okazał się Malfoy i jego świta –
Mamy ciekawe informacje o waszej przyjaciółeczce..
- A
tłumacząc na ludzki język, martwimy się o waszego rudzielca – Stwierdziła
dziewczyna za nim. W jej głosie wcale nie było wyższości, co było lekko dziwne.
W końcu odwieczne wojny między tymi dwoma domami były szeroko znane. W pewnym
momencie w głowie Michaela zaświtał pomysł.
- Słuchajcie
! – Rzucił zaklęcie, żeby tylko oni słyszeli co mówi – Zbierzcie ze swoich
domów zaufane osoby od piątej klasy wzwyż, chodzi o takie, które chcą walczyć
przeciwko temu psycholowi, a nie ufają ministerstwu. Spójrzcie.
Na stole
wylądowała gazeta z obszerną listą nazwisk ludzi, którzy zginęli w minionym
tygodniu i z małą notką, że każdy kto ukończył piętnaście lat może używać magii
poza Hogwartem i w razie zagrożenia teleportować się. A licencję można zdawać w
wieku szesnastu lat i będą z tego kursy.
- Zbierzcie
ludzi i bądźcie dzisiaj w pokoju życzeń o 16. Każdy wie gdzie to jest, ja muszę
coś załatwić. Po spotkaniu zajmiemy się sprawą Lily. Jakby co to bolała mnie
głowa i jestem u szkolnej uzdrowicielki !
Michael
zostawił zdziwionych kolegów i koleżanki i pobiegł w stronę lochów, szybko
rzucił na siebie zaklęcie kameleona i błądził ciemnymi korytarzami. Gdy dotarł
do portretu człowieka o ziemistej skórze i czarnych tłustych włosach, zdjął z
siebie zaklęcie i odchrząknął.
- Jak mogą
tak traktować bohatera wojennego ? Gdyby nie pan, to jasna strona mogłaby sobie
już dawno gnić w ziemi.
- Co ty
możesz o tym wiedzieć smarkaczu ? – Severus Snape wydawał się jednak
zaintrygowany.
- Czy „Z
Voldemortem przez wojnę” mówi coś panu, w sumie niezłe ziółko z pana było za
czasów pierwszej wojny. W każdym razie mamy kolejną, o czym pan pewnie wie.
- Nie
interesuje mnie to. A gdybyś się przyłożył do czytania półgłówku, to drżałbyś
na samą myśl o mnie.
- Widzi pan,
wiem o panu wiele, był pan wspaniałą osobą. Ale jedno nas łączy. Pana Lily
zginęła a moja Dominique zaginęła lub zginęła – Widząc zainteresowanie portretu
opowiedział cała historię.
- I tak nie
wiem po co tu przyszedłeś, co ja mogę zrobić ?
- Jest pan
jedynym portretem któremu możemy zaufać.
- Nikt cię
nie nauczył, że nienależny ufać podwójnym szpiegom ? – Zironizował legendarny
postrach Hogwartu.
- Będzie pan
strzegł wejścia do kwatery głównej lepszego zakonu feniksa, któremu zmienimy
nazwę i wszystko inne ?
- Mam dwa
warunki. Pierwszy, ukradniecie z gabinetu dyrektora mój obraz, nie chcę i nie
zasługuje by tam wisieć. A potem powiesicie go w kwaterze i będę wam doradzał.
Pasuje ?
-
Oczywiście.
Mike modlił
się, żeby nikogo nie było na korytarzach. Gdy niezauważony dobiegł na siódme
piętro osunął się po ścianie i odetchnął.
- Słaby czas
i kondycja –Stwierdził Portret- Wieszaj
mnie już.
Chłopak bez
słowa zniszczył łąkę, która została tam powieszona i zawiesił mistrza
eliksirów.
- Dzisiaj
pierwsze spotkanie. Jak ich sprawdzę, to przyprowadzę tutaj. Mam nadzieję, że
zapamięta pan wszystkich i obejdzie się bez głupich haseł.
- Wątpisz we
mnie bachorze ? Teraz.. miłego włamania.. I użyj magicznej listy.
- Dziękuję
panu.
Michael z
nałożonym zaklęciem kameleona przechodził obok gabinetu dyrektora kiedy ten
wybiegł i popędził w stronę wierzy astronomicznej. Mike widząc otwartą drogę do
gabinetu skorzystał z okazji i wbiegł. Chociaż miał na sobie zaklęcie, to był
pewien, że jeden siwobrody dyrektor wodził za nim wzrokiem. Szybko chwycił
portret Severusa i zdziwiony swoim szczęściem popędził na siódme piętro.
- Miałem
nadzieję, że skorzystasz z okazji. Właź.
Chłopak zawiesił
w Sali konferencyjnej portret, pożegnał się grzecznie i poszedł przygotować
magiczną listę i łańcuszki, które krążyły w jego głowie już kilka miesięcy.
Chwilę przed
16 do pokoju życzeń zaczęli schodzić ludzie. Pierwsi byli bliźniacy, za nimi przyszły
jakieś Krukonki z Viv. Gdy wszyscy już przyszli i posiadali lub stali na środek
wyszedł Michael. Skupił się i obok niego pojawił się stolik z piórem i kartką.
- Cześć
wszystkim. Jesteście tu, ponieważ chcecie walczyć z Czarnym Lordem, prawda ? –
Widząc potakujące gesty kontynuował – Jak zauważyliście są tutaj ludzie ze
wszystkich domów. To dobrze, ponieważ przyda nam się ta sławna odwaga Gryfonów,
spryt Ślizgonów, mądrość Krukonów i lojalność Puchonów. Ale nie chodzi tu o
podziały na domy, musimy stać się jednością. Od razu powiem wam, co was czeka,
jeszcze możecie wyjść. Czy jesteście gotowi na narażanie życia ? Na
zaniedbywanie szkolnych obowiązków. Kłamanie, by nas nie wydać. Zjednoczenie
się. Na walkę twarzą w twarz z wrogiem ?
Ludzie
patrzyli po sobie, ale z każdą wymienioną rzeczą na ich twarzach pojawiała się zaciętość.
- Dobrze.
Niech teraz każdy, samodzielnie lub w grupkach podejdzie, wpisze się na tą
listę i najlepiej się przedstawi lub powie coś o sobie. Ja jestem Michael
Parret, Gryfon z piątego rocznika.
Wpisał się i
za nim podeszli bliźniacy.
- Ja jestem
Lucas Lons, a to jest Matthew Lons, dom i wiek tak jak Mike – Wpisali się i
usiedli.
- Roxanne Weasley, Lilyanne Potter, Alice Carot, Anastasia
Longbottom. Piąty
rocznik, Gryfonki – Roxy szybko przedstawiła siebie i swoje przyjaciółki.
- Scorpius
Malfoy, Tony Nott, Kathy Volen, Eric Dowes, Ślizgoni i Ślizgonka, rocznik
szósty – Blondyn o szarych oczach przedstawił siebie, Bruneta o piwnych oczach
i ciemnej karnacji, Śliczną brunetkę z nogami do nieba i błękitnymi oczami oraz
bladego chłopaka o szaro-srebrnych włosach i czarnych oczach.
- Elizabeth
Candes i Becky Moraus, dom i wiek tak jak poprzednicy – Dwie dziewczyny o
brązowych włosach wyszły na środek. Elizabeth z dużymi brązowymi oczami i Becky
z mniejszymi ale zielonymi.
- Connie Malfoy, Vivienne Callis, Niklaus Wood i Nathan
Weels. Krukoni, rocznik
piąty – Drobna, pewna siebie blondynka z włosami do ziemi i wielkimi błękitnymi
oczami pierwsza podpisała listę, po niej podeszła Viv czyli czarnowłosa,
brązowooka wysoka dziewczyna oraz brązowowłosy chłopak z orzechowymi oczami i zielonooki blondyn.
- Hugo Weasley, Connor Creevey i Ashley Thomas. Puchoni, rocznik piąty – Rudowłosy chłopak,
ciemny blondyn z piwnymi oczami i mysia blondynka o wielkich zielonych oczach szybko
podpisali listę.
Potem
podeszła duża grupa Puchonów, Dziewczyna, brunetka z szarymi oczami, brunet z
czarnymi oczami, który wyglądał groźnie, brązowooki chłopak z dużymi oczami
koloru avady i blondyn o zielono-szarych oczach. Wszyscy wyglądali na
zdeterminowanych. Podpisali listę i odwrócili się do reszty – Eleanor Hills,
George Volen, Albus Potter i Ethan Feelish. Puchoni, rocznik szósty – brunetka walnęła
lekko w ramię bruneta – I Puchonka. Od kiedy Puchonki są takie agresywne ? – To
rozładowało atmosferę i wszyscy zaczęli chichotać i szeptać między sobą.
- Czas na
Gryfonów. Dokładniej rocznik siódmy – Na
środek wyszła czwórka chłopaków i dziewczyna. Tak jak siostra była brunetką z
szarymi oczami. A kolei Fred podobnie jak Luke byli rudzi, pierwszy z
orzechowymi oczami jak James i Cameron, a drugi z błękitnymi. James z czarnymi
rozczochranymi włosami a Cameron z
brązowymi – Równie agresywna jak siostra
Judith Hills. Luke Modern, James Potter, Fred Weasley i Cameron Wood !
- Rosanne
Wealsey i Melanie Smith, Szósto- roczne Gryfonki !
- Po prostu
Rose – Mruknęła dziewczyna z dużymi brązowymi
oczami i burzą rudych włosów.
- Szczegół –
Ciemna Blondynka z Granatowymi oczami pociągnęła rudą powrotem na miejsca.
- Szósty rocznik.
Krukoni. Melody Weels, Isabelle Weels i
Caleb McLaggen – Dwie identyczne dziewczyny podeszły do listy a za nimi z
szerokim uśmiechem poszedł brunet o niebieskich oczach. Dziewczyny miały
nienaganne sylwetki, długie czarne włosy i czarne oczy, obie tak jak chłopak
były blade, można by ich wziąć za jakąś sektę.
- I na
koniec najlepsze ! Hope Marissial i Maxxie Smith ! Ślizgoni z piątego roku – Blondynka z
morskimi oczami i wysoki brunet jako ostatni podpisali listę.
Po
podliczeniu wyszło łącznie 37 osób. 8 Ślizgonów, 7 Krukonów, 8 Puchonów i 14
Gryfonów.
- Przepraszam
was, ale muszę to zrobić – Michael stuknął różdżką w listę i wszystkie nazwiska
zabarwiły się na zielono, odetchnął z ulgą i uśmiechnął się – Teraz zapraszam
do naszej kwatery głównej !
Wszyscy
ostrożnie wyszli z Pokoju Życzeń i przeszli kawałek do portretu Snape’a.
Poznajcie Profesora, pewnie wielu zna go z opowieści, bo oczywiście na Historii
Magii jest to temat tabu. W każdym razie profesor będzie wpuszczał jedynie nas,
nikogo innego – Portret uchylił się i weszli do byłych kwater Anastasii, Michael
zaprowadził ich do sali narad, jak ją nazywał. Było to wielkie pomieszczenie z wielkim
stołem.
- Pierwsza
rzecz.. To nazwa, musimy się jakoś nazywać. Pomysły ? – Michael stanął u
szczytu stołu.
- Ślizgoni i
reszta – Zaśmiał się Malfoy.
- Gryfoni i
reszta – Dopowiedział Fred.
- A może Biali,
stowarzyszenie białych i tyle. W końcu walczymy z CZARNYM panem, więc biali
będzie ok – Zaproponowała Connie.
- Dziewczyna
dobrze mówi. Nawet jak wam się wymsknie, to możecie łatwo skłamać – Rozległ się
głos z Portretu.
- Więc
BIALI. Kolejna sprawa to – Mike płożył na stole mały kufer i wyjął jeden srebrny
łańcuszek z zawieszką – lwem. Założył go na szyję i potarł, w jednej chwili
stał się niewidzialny a po chwili pojawił się znowu tylko trochę dalej. Znowu
potarł i wisiał przy suficie, gdzie przyczepiła się zawieszka – Lucas, rzuć we
mnie jakimś zaklęciem – polecił, gdy stał już pewnie na ziemi. Luc wykonał
polecenie, a zaklęcie odbiło się – Ten łańcuszek ma jeszcze funkcję świstoklika
i można w nim schować zmniejszoną zapasową różdżkę. Działa na zasadzie
myśl-dotyk. Myślcie.. Chce byś niewidzialny i pocieracie zawieszkę.
- Czemu są z
lwem ? – Zapytała Kathy.
- Są we wszystkich
wzorach i można sprawić, żeby były niewidzialne. Więc nie będzie problemu – Chwilę
później wszyscy mieli na szyjach odpowiadające ich domom naszyjniki – Jest jeszcze
najważniejsza opcja. Przekazywanie wiadomości – Potarł i powiedział „Pasują wam
łańcuszki, biali ?” i każdego łańcuszek rozgrzał się – Możecie odsłuchać wiadomość
normalnie, lub przybliżyć do ucha, żeby nikt inny jej nie usłyszał. Używajcie
ich w razie niebezpieczeństwa. Będziemy się przez nie też komunikować co do dat
spotkań. Ach.. Można wysyłać wiadomość tylko do jednej osoby, do kilku, lub do
wszystkich. Teraz proszę Anastasię, żeby omówiła inne metody nauki animagii i rozdzieliła
pomieszczenia do renowacji.
- Jak pewnie
wiecie, czarodzieje próbują się zmienić nie wiedząc, lub tylko domyślając się w
jakie zwierze będą się zmieniać. Jeśli jednak to wiemy, to nauka jest banalnie
prosta i krótka, aczkolwiek niebezpieczna. Możecie teraz spróbować.
Wymieniajcie wszystkie znane sobie zwierzęta, wyobrażając sobie swoje zwierzęce
ja. Jeśli poczujecie coś takiego jak przy wybieraniu różdżki to znaczy, że to
wasze zwierze, jeśli go nie znajdziecie, to będzie wam potrzebny ten eliksir,
ale mamy go tylko dziesięć fiolek. Spróbujcie.
Słychać było
nazwy różnych zwierząt i czasem okrzyki radości lub jęki zawodu. Po jakiejś
godzinie 29 osób już wiedziało a 8 nie, wypiły eliksir i na ich twarzach
pojawiło się zdziwienie a potem radość.
- Skoro tak
to zajmiemy się tym na następnym spotkaniu, na razie oswójcie się z nimi.
- Czy animagia nie jest nielegalna, w każdym razie bez nadzoru ? – Zapytała Molly.
- Wszystko
co tu robimy jest nielegalne. W każdym razie jeśli chodzi o pomieszczenia to znajduje
się tu Sypialnia, sala zebrań, czyli to gdzie jesteśmy, biblioteka, salon,
pokój treningowy, wielka łazienka i coś na kształt łąki do medytacji i wyciszenia,
są też jedne zamknięte drzwi, ale nie wiem co za nimi jest. Większość pomieszczeń
jest brudna i trochę starodawna więc podzielmy się tak. Sypialnią i toaletą –
zajmą się siódme roczniki. Łąką i pokojem treningowym – szóste roczniki. Salą
zebrań, biblioteką i salonem – piąte roczniki. Zależy mi na tym, żeby w
sypialni dorobić więcej łóżek. A i czas pływnie tu dwa razy wolniej. Jak któraś
grupa skończy, niech się zajmie fontanną lub kończy na dzisiaj. Do góry głowy !
To w końcu nasza kwatera !
===
Eee.. Trochę długi. Jak chcecie krótsze to piszcie, a jak takie to.. też piszcie O_O
Subskrybuj:
Posty (Atom)