środa, 16 stycznia 2013
15. Rodzina.
„Są tacy, którzy
się sparzyli i chcą zacząć wszystko od nowa. Ale są tacy, którzy chcą, żeby
dana chwila trwała wiecznie”
- Zaczekaj.. –
Szepnęła kobieta, której ciałem wstrząsnął ledwo tłumiony szloch.
- Dobrze. A więc kim jest pani aniołek ?
- Moje dzieciątko.. Zabite.. Zabite przez śmierciożerców –
Ostatnie słowo wypowiedziała jak najgorsze przekleństwo – Nie wiem skąd miałaś
medalion ale on należał do Dominique, mojej przyjaciółki.. Ona miała się zająć
moją córeczką. Ale ją też zabili.
- Dała mi go babcia, twierdziła, że należał do moich
rodziców. Ale powiedziała mi w życiu i tak zbyt wiele kłamstw – Jej słowa
przesiąknięte były zawodem – Niedawno zmarła, a z listu dowiedziałam się, że
zostałam położona na jej progu i że nie wie, kim są moi rodzice.
- Zaraz ! Ten medalion i to wydarzenie – Fleur ożywiła się,
a rudowłosy mężczyzna wyszedł z cienia – Data ! podaj datę !
- Twierdziła, że moje urodziny wypadają 16 sierpnia. Ale
czy to możliwe..?
- Jutro oficjalnie przyjdziemy do Hogwartu – Domi zdziwiła
się jak Fleur lekceważąco wypowiedziała
nazwę szkoły – i zabierzemy cię do ministerstwa. Tam nam wszystko powiedzą ! –
Jej twarz pojaśniała.
- Chodź Dominique, zaprowadzimy cię teraz do szkoły,
koleżanki się martwią – Rudy mężczyzna patrzył na nią z troską, nadzieją i
..miłością ?
- Dobrze..
***
Zaspania Domi siedziała przy stole Gryfonów, leniwie jadła
swoją owsiankę marząc o powrocie do ciepłego łóżka. Rozbudziła się dopiero, gdy
dostrzegła niewielki kremowy arkusik papieru zgięty na pół.
„ Proszę stawić
się w moim gabinecie panno Dominique..
Hasło: Magia”
Dziewczynka zaśmiała się w duchu, ale się oficjalny zrobił.
Ale posłusznie wzięła swoją torbę i posyłając przyjaciółkom przepraszające
spojrzenie wyszła z Wielkiej Sali. Serce
jej biło w zastraszającym tempie, bała się zawodu. Wymyśliła chyba tysiące
dobrych i złych scenariuszy. Z tego co wiedziała to Fleur i Bill mieli dwójkę
dzieci. Mogłaby tyle zyskać ! Nim się obejrzała stała przed drzwiami gabinetu,
zapukała i słysząc stłumione proszę, weszła
do pomieszczenia. Przywitał ją promienny uśmiech rudego mężczyzny i wyniosła
mina Blondynki, tylko, że kierowała ją ona do dyrektora.
- Dominique, Ci państwo chcę coś sprawdzić razem z tobą w
ministerstwie, czy chcesz żeby towarzyszył ci jakiś nauczyciel ? – Fleur zrobiła
oburzona minę, a Domi tylko puściła do niej oczko i opowiedziała śmiertelnie
poważnym tonem i trochę jakby konspiracyjnie..
- Też pan sądzi, że ten oto człowiek jest seryjnym mordercą
i planuje mnie zabić w auli ministerstwa ? Pan popatrzy, ten szczery uśmiech
jest udawany na 100 % ! – Pokiwała z przejęciem głową – Ale on to jeszcze nic,
pan popatrzy na tą panią, mogłaby zgnieść tira gołymi rękami i rzucić 200 avad
jednocześnie ! Przecież to na pewno Czarna Para ! Ja nie będę narażać
nauczyciela.. – Przyłożyła rękę do serca w teatralnym geście i schyliła głowę,
żeby ukryć szeroki uśmiech.
Doszły do niej też tłumione
chichoty pary, nie patrząc na dyrektora podeszła do jego kominka, złapała garść
proszku fiuu i czekała na swoich towarzyszy, wcześniej nigdy tak nie podróżowała,
ale dużo o tym czytała.
- Do ministerstwa, dasz radę ? – Poczuła na ramieniu dłoń
Bill’a.
- Dam – Pewnie weszła w płonienie i powiedziała wyraźnie–
Ministerstwo.
Zawirowała i mając przed oczami mnóstwo korowych smug wypadła
na podłogę w jakimś wielkim pomieszczeniu. Po chwili obok niej stała Fleur
która pomogła jej wstać i oczyściła ja zaklęciem, chociaż jej oczy ciągle
piekły. W tłumie wypatrzyły rude włosy i ruszyły w kierunku mężczyzny.
Dziewczynka jeszcze nigdy nie wiedziała tylu dorosłych czarodziei w jednym
miejscu. Ale nie miała czasu się przyglądać
wszystkiemu, bo weszli do skrzypiącej windy która zawiozła ich na jakieś
piętro. Dominique coraz mniej słyszała, nie mogła się na niczym skupić. Ta niepewność
była przytłaczająca. Wreszcie stanęli przed jakimś małym, łysiejącym
urzędnikiem.
- Państwa godność, oraz sprawa przybycia ? – Zapytał
znudzonym monotonnym głosem.
- Fleur Isabelle Delacour- Weasley i William Artur Weasley,
przychodzimy w sprawie ustalenia czy jesteśmy rodzicami tej młodej damy.
- Oczywiście, dotychczasowa godność ?
- Dominique Roven – Powiedziała dziewczynka, krzywiąc się
na swoje własne nazwisko.
Czarodziej wstał z fotela, na którym dotychczas siedział i
kaczym chodem podszedł do Fleur, machnął różdżką i nad jej głową powstał zwiły
wzór o jasnym liliowym odcieniu. To samo zrobił z Bill’em ale jego wzór był bardziej
kanciasty o błękitnym odcieniu. Następnie podszedł do Dominique, machnął i nad
jej głową powstał zgniło-żółty prosty wzór, wiedziała kontem oka, że to nie to.
Był do niczego, tak jak ona sama. Ale urzędnik nie zraził się.
- Wyraża panienka zgodę na zdjęcie czarów adopcyjnych?
- Czego? – Poparzyła z niemym pytaniem na Billa, który
nieznacznie skinął głową – Tak, tak wyrażam.
Czarodziej zaczął coś szeptać, dziewczynka zajarzyła się lekkim
blaskiem i uniosła nad ziemię. Czuła rozlewające się po ciele ciepło i
wszechogarniająca wolność. Jakby odzyskała kawałek siebie. Jej wygląd zaczął
się nieznacznie zmieniać. Twarz przybrała inny kształt, przypominający bardziej
twarz Fleur, tak samo oczy i nos. Z twarzy stała się podobna do blondynki ale
jednak wyróżniała się jeszcze większą delikatnością i subtelnością. Ciemno –
niebieskie oczy błyszczały. Rude włosy ściemniały i wydłużyły się, sięgały do
ud, spadając na plecy łagodnymi falami. Urosła kilka centymetrów i nabrała
więcej kształtów, chociaż i tak była jeszcze bardziej dziewczęca niż kobieca. Dziewczyna
opadła na ziemię, a urzędnik jeszcze raz machnął różdżką i nad dziewczynka pojawił
się jasnofioletowy finezyjny wzór.
- Teraz nie ma wątpliwości, jakie nazwisko wpisać do akt ?
- Dominique Isabelle Weasley – Powiedziała z dumą Fleur - Moje
imię odziedziczyła Victorie, więc drugie przypada dla drugiej córki.
- Dziękujemy za wszystko, dowidzenia – Bill przytulił
skołowaną dziewczynkę, która popatrzyła na niego z wdzięcznością. A to
zniecierpliwiona Fleur prychnęła i ruszyła w stronę wind.
Woleli się teleportować, żeby Dominique od razu zobaczyła
całą posiadłość tak więc, po tej nieprzyjemnej czynności Wylądowali przed wielką
bramą, Bill machnął różdżką i się otworzyła.
- Witaj w domu kochanie.. – Fleur przytuliła Domi ze Łazami
w oczach, gdy tylko brama się zamknęła. Dziewczynka zdziwiona szukała
wyjaśnienia.. – Przepraszam, ale arystokracji nie przystoi publiczne okazywanie
uczuć.
- Moje kochane.. – Bill przytulił obie kobiety i wywrócił
oczami – Co powiecie na obiad ?
- Chętnie..? – Niepewnie powiedziała, a raczej zapytała Dominique.
- Bądź sobą, to także twój dom.. córeczko. Vic i Lou pewnie
już czekają.
Przeszli długą drużką wysypaną białymi kamykami przez
piękny ogród. Na środku wielkiego ogrodu stała rezydencja, Domi patrzyła na to szeroko
otwartymi oczami, za rezydencją był kawałek plaży na której wesoło rozbijały
się fale. W środku dom utrzymany był w jasnych, pastelowych barwach. Pokój rudowłosej
pomalowany był na jasny fiolet, ale w środku nie było wyposażenia. Były za to
drzwi do łazienki i garderoby.
- Rozgość się, za kilka minut bądź na dole na obiad – Bill poczochrał
dla Domi włosy i wyszedł razem z Fleur.
Dziewczynka odświeżyła się i wyciągnęła z kufra zwykły
sweterek, który ubrała zamiast szaty z Hogwartu. Gotowa zeszła na dół, skąd
dochodziły głosy cichej dyskusji, niepewnie stanęła w progu i zobaczyła
uśmiechniętą, wysoką, piękna blondynkę, miała proste woły do pasa, oczy po
fleur i ubrana była w śliczną sukienkę i żakiet. Wyglądała ma jakieś siedemnaście
lub osiemnaście lat. Obok niej stał blondyn, miał brązowe oczy i uśmiechał się pogodnie.
Ubrany w koszulę i proste spodnie, prezentował się bez zarzutu. On wyglądał na
trzynaście.
- Cześć, jestem Dominique..
- I jesteś naszą siostrą ! Ja jestem Victorie, a to Louis,
czyli Vic i Lou, ale to już jak wolisz. Ja mam osiemnaście lat, a on – wskazała
na brata – trzynaście. A ty ?
- Ja mam piętnaście.
- Najpierw zjedzmy obiad, dzieci..
Obiad składał się na kilka dziwnych dań, których Dominique
nigdy nie wiedziała. Starała się je jeść tak samo jak pozostali. Już i tak w
swoim stroju wyglądała gorzej. I ze swoim wyglądem. Dziwiło ja tylko, że włosy
jej tak przeszkadzają, chociaż miała je związane.
- Co powiecie na zakupy, dziewczęta ? Po minach panów, już
widzę, że wolą miotły – Dominique uśmiechnęła się i przytaknęła, chociaż bardzo
chciała powiedzieć, że też woli miotły – Zatem za piętnaście minut na dole.
- Domi, pomóc ci coś wybrać ? – Zapytała Vic.
- Jasne.. – Odpowiedziała niepewnie Domi, poszły do jej
pokoju.
- Wieczorem odnowimy ci ten pokój. Pokaż co tam masz –
Podeszła do kufra, machnęła różdżką i wszystkie ubrania zawisły w powietrzu.
Popatrzyła na nie krytycznie, odesłała do kufra i pociągnęła rudą za rękę,
weszły do wielkiego pokoju o oliwkowych ścianach, a z niego do wielkiej
garderoby. Blondynka chwilę czegoś szukała aż w końcu rzuciła dla Domi pokrowiec
– Idź do mnie do pokoju i to załóż. A do tego to – Podała jej pudełko.
Dziewczynka bez protestów założyła granatową sukienkę, z
ładnym wcięciem w tali, i rozszerzanym dołem, sięgającą do kolan, do niej
granatowe sandałki na koturnie. Zdziwiła się, ze zmieściła się w rzeczy Vic..znaczy
swojej siostry. Po chwili z garderoby wyszła Vic, trzymająca jakąś skrzyneczkę.
Wybrała pasującą do sukienki biżuterię, oraz rozpuściła rude włosy Dominique,
różdżką, poprawiając fale.
- Teraz możesz się przejrzeć.
Ruda stanęła przed dużym lustrem i oniemiała patrzyła na
swoje odbicie – Czy to lustro zmienia wygląd ? – Zapytała.
- Z tego co mi wiadomo nie – Stanęła obok niej – Na 100 %
nie.
- Co się ze mną stało ?
- Urzędnik zdjął zaklęcie adopcyjne, jesteście gotowe ? –
Zapytała Fleur wchodząc do pokoju Vic.
-Jasne, mamo ! Musimy kupić dla Domi mnóstwo ciuchów, jak
na ten moment nie ma nic ! Nic !
- Oczywiście. Chodźcie.
Po jakiś pięciu godzinach, wróciły do domu. Po zjedzeniu
szybkiego podwieczorku postanowili urządzić pokój Domi, wyszedł podobnie jak
pokój Vic, tylko ściany pozostały takie jak były. Cała garderoba była
zapełniona ubraniami i przyszedł czas na kolację. Dominique przebrała się w
zieloną, wygodną tunikę i zeszła na dół. Kolacja mijała w spokojnej atmosferze,
aż Domi zdecydowała się zadać dręczące ją pytanie.
- Dlaczego nie widziałam was nigdy w Hogwarcie ?
- Ja chodzę do Durmstrangu, a Vic ukończyła Beauxbotons –
Powiedział Lou jakby to było oczywiste.
- Swoją drogą – zaczęła Fleur, odkładając sztućce – Co sądzisz
o damskiej szkole Magii i Czarodziejstwa w Salem ?
- Nie wiem, nie byłam tam
nigdy.
- Myślę, że ci się spodoba, urocze mundurki, podziały wiekowe, dodatkowe
lekcje dla arystokracji, wyższy poziom nauczania, nowoczesność.. – Wymieniała Fleur - Może trudno będzie ci się zaklimatyzować,
jakby nie patrzeć już po rozpoczęciu roku, ale podobno jesteś bardzo mądra.
- Ale jak to ? Ja chodzę do Hogwartu.
- Nie bądź niemądra Dominique, ta szkoła schodzi na skrzaty
domowe. A ten nowy dyrektor.. Szkoda tracić czas na takie rozmowy. Myślę, że od
poniedziałku możesz zacząć uczęszczać do Salem. A te pozostałe trzy dni
spędzimy wspólnie i zaopatrzymy cię do nowej szkoły – Skończyła dumnie
blondynka – Dobranoc.
***
Dochodziła północ a Dominique siedziała na plaży, tylko księżyc
był świadkiem jej smutku. Fale z każdą godziną chłodniejsze, rozbijały się o
stopy dziewczynki. Ale ona nie patrzyła ani na to, ani na zimny wiatr. Po
prostu siedziała i myślała, trzeba dobrze pomyśleć o co się prosi, bo może się
to spełnić. Od kiedy umarła jej babcia.. Dziewczynka marzyła by zacząć wszystko
od początku i być szczęśliwą. A teraz musi zostawić wszystko i iść na przód ? A
co z Lily, Ali i Roxy ? Przecież nawet nie wróciła do dormitorium, miała od
nich uciec ?! Nic im nie wyjaśniła. A Anastasia ? Przecież miała jej pomóc
wrócić do świata żywych, ta dziewczyna jej zaufała, tyle dla niej zrobiła, ma
ją tak zostawić ?! A Mike ? Zostawiła go na tym spacerze i nawet się do niego
nie odezwała.. Tyle ludzi.. łzy pociekły jej po policzkach, po raz kolejny.
Maska opadła, a moc chciała pokazać się światu.
- Córeczko.. – Poczuła na ramieniu dużą ciepłą dłoń i
wtulił się w ciało swojego taty – Co się stało kochanie ?
- Ja.. ja mam to wszystko zostawić ? Hogwart..
przyjaciół..?
- Nie musisz zrywać znajomości.. Najchętniej bym cię nie
zabierał z tej wspaniałej szkoły, ale twoja
matka ma trochę racji.
- Ja nie spojrzę im już w oczy, nie mogę.. Czy.. czy moglibyście
mnie zapisać tam pod imieniem Isabelle ?
- Chcesz uciec ? Przeszłość cię zawsze dogoni. Ale jeśli
chcesz..
- Chcę. Wróćmy do domu.. Tęsknie spojrzała na morze i
ruszyła do rezydencji. Miejsca smutku i szczęścia. Po prostu do domu.
niedziela, 13 stycznia 2013
14. Tajemnica medalionu.
" Prawdziwy smutek jest głuchą i ślepą niemową, która ukrywa swe słabości za maską sztucznego uśmiechu . "
Są decyzje, które mogą zmienić całe
życie. Trzeba jednak mieć świadomość, że jeśli takową podejmiemy, to musimy
ponieść jej konsekwencje. Dzieci zdają się na rodziców, dorośli muszą sami
dokonywać wyborów. Dominique musiała błyskawicznie dorosnąć, straciła jedyną
opiekunkę, chociaż nie pomogłaby jej w podjęciu decyzji, świadomość iż gdzieś
tam jest ktoś, kto nas kocha, podnosi na duchu. Rudowłosa stała przed drzwiami
dormitorium już kilka minut, z jednej strony magia to było najwspanialsze co ma
i nie mogła jej stracić, z drugiej strony honor i rozbrzmiewające w głowie
raniące słowa powstrzymywały ją. W przypływie odwagi nacisnęła klamkę i stanęła
jak wryta, w dormitorium spały dziewczyny ale również chłopcy. Bliźniacy i
Michael spali na podłodze, a niedaleko na jednym łóżku dziewczyny.
- Ej, wstańcie – Powiedziała w miarę
głośno, uprzednio zamykając drzwi, dalej spali jak zabici. Podeszła do
dziewczyn i szturchnęła Roxy, która tylko mruknęła coś przez sen – Wstawać
natychmiast ! – Tym razem nie żałowała płuc, dalej nic się nie działo –
Merlinie, stoją tutaj naleśniki czekoladowe !
Nagle wszyscy się zerwali, co wprawiło
Domi w atak śmiechu. Śmiała się szczerze kilka minut, dając reszcie czas na
ocenienie sytuacji. Po chwili już wszyscy tarzali się po podłodze, dosłownie,
bo dziewczyny ze śmiechu pospadały z łóżka.
- Przepraszam cię Domi..nique – W
głosie Roxanne było słychać skruchę – Ja nie wiem co we mnie wstąpiło, to chyba
zerwanie z Alxsem.. Zresztą nie będę się tłumaczyć, masz prawo mnie
nienawidzić, proszę tylko nie wiń reszty i.. wróć do nas, błagam.. Naprawdę nam
na tobie zależy, mi zależy. Chociaż Ci nie raz zazdroszczę..
- Nie Roxanne, nie winię was. Po
prostu tu chodźcie – Przytuliła swoje przyjaciółki – Przyszłam was prosić o
pomoc..
- Wiemy i pomożemy ! – Zadeklarowała
natychmiastowo Alice.
- I my ! – Wtrącił Michael.
- Dziękuję, jesteście wspaniali ! Ale
nie wrócę na razie do dormitorium.. Jeszcze nie czas – Uśmiechnęła się smutno.
***
Dominique codziennie wstawała,
ubierała się i przeżywała cały dzień po swojemu. Nauczyciele dali się nabrać,
nie ma to jak kilka przydatnych zaklęć i fałszywy uśmiech, no.. może jeszcze
dwa razy więcej czasu też się przydaje. Dziewczyna usilnie próbowała znaleźć
zaklęcie, które przywróciłoby Anastasie do świata żywych. Póki co dawała jej
lekcje i wskazówki, wierząc, że kiedyś jej się przydadzą. W międzyczasie
dostała zagadkowy list, a Może raczej notkę, Pojawiła się przed nią jakby
znikąd. Mówiła „ To dopiero początek
cierpienia szlamo”. Dopiero gdy po raz kolejny przyśnił się jej koszmar ze Ślizgonem
w roli głównej, postanowiła interweniować. Wiedziała, że to sprawka
tajemniczego Ślizgona, czuła, że masowe zaginięcia czarodziei to też jego
sprawka. Włamała się do akt, co nie było łatwe przez chroniące je zaklęcia. I po
zdjęciu poznała swojego prześladowcę, nietrudno było go poznać, powalał urodą.
Piętnastoletnia Dominique odczuła to jeszcze bardziej, niż kiedy była
nastolatką. Jak głosiła kartoteka nazywał się Mihuet Morgead Quinx był
czarodziejem czystej krwi, miał korzenie we Francji oraz Belgii. Był prymusem,
kapitanem drużyny i ulubieńcem nauczycieli.
- No to nie za ciekawie.. – Mruknęła
Domi w przestrzeń.
***
Szła wystukując butami tylko sobie znaną melodię,
uśmiechała się szeroko i witała z mijanymi uczniami. Była idealną aktorką, na
pozór szczęśliwa, a prawdziwie miała dość tej maskarady, musiała sprawiać
wrażenie normalnej, wesołej dziewczyny. Była w tym świetna, okłamała nawet
własnych przyjaciół. Zagubiona we własnych myślach wpadła na Michaela.
- Przepraszam – Jej mina z prędkością światła zmieniła się
na wyrażającą skruchę. Westchnęła w myślach.
- Nie szkodzi, a może.. może chciałabyś wyjść na spacer, na
spacer. Tak.. ee.. ze mną ? – Zrobił zabawną minę, a Domi chcąc nie chcąc
zaśmiała się prawie szczerze i skierowała do wyjścia razem z blondynem. Szli w
milczeniu, rozmowa im się nie kleiła.
- Możesz przestać udawać.. – Powiedział gdy byli już spory
kawałek od zamku, gdzie nie zapuszczali się inni uczniowie. Usiadł na trawę, a
dziewczyna po chwili wahania uczyniła to samo i wbiła pytający wzrok w chłopaka
– To proste, tyle złego ci się przytrafiło, a nagle jesteś taka idealna. To nie
jest normalne – Był pewny swoich słów ale gdy zrozumiał ich sens speszył się.
- Aż tak widać ?
- Ani trochę. A co to ? – Zapytał wskazując na medalion.
Dziewczyna wiedziała, że chłopak chce po prostu zmienić temat. Dlatego już
rozluźniona podała mu swoją własność i
wystawiła twarz ku słońcu.
- W sumie racja. Ale jak sam wiesz, chociaż nie wiem skąd..
muszę..
- No tak – ścisnął jej rękę, przy okazji oddając medalion –
W sumie szkoda, że brakuje tego kryształku.
- Jakiego ? – Domi zmarszczyła brwi. Przyjrzała się i zobaczyła
brak małego diamencika na krawędzi medalionu, miał nietypowy kształt, który
kojarzył się dziewczynie z czymś…
- Tego – Blondyn zamknął oczy rozkoszując się ostatnimi
promieniami słońca i bliskością ważnej dla niego osoby. Prowadzony jakąś dziwną
siłą zebrał odwagę na wyznanie – Domi, ja.. Ja cię bardzo lubię, już od
pierwszej klasy, kiedy pisaliśmy te kartki i ja, znaczy ty ! Jesteś dla mnie
bardzo ważna, czy.. czy chciałabyś ze mną być, no chodzić ? Czy coś do mnie
czujesz..? – Spojrzał z nadzieją na.. Na trawę !? Zwrócił wzrok w kierunku
zamku gdzie znikała właśnie rudowłosa. Wstał i kopnął jakiś kamień. Był zły, że
go tak olała, oraz, że poszło mu tak nieudolnie. Chciał śmiać się i płakać.
Była dla niego taka ważna.. Spojrzał na ciemniejące z każdą chwilą jezioro, w
myślach pragną tylko tej jednej dziewczyny. Ale nie zawsze wszystko można mieć,
postanowił cieszyć się jej przyjaźnią. Spacerkiem zaczął wracać do zamku,
widział jak na błoniach Mat i Luc zabawiali dziewczyny, mieli ich na pęczki.
Tak samo jak Roxy, chłopaków. A on głupi czekał tylko na jedną rudą dziewczynę.
Nie była idealna ale właśnie jej wady tworzyły jego marzenie. Kochał tą małą
wesołą, roztrzepaną dziewczynkę, jak i poważną, smutną.. Dominique.
***
Wpadła do komnat Any ignorując pytające spojrzenia
blondynki. Dopadła swojego kufra i zaczęła go przeczesywać. Nie wiedziała gdzie
ma różdżkę, liczyło się tylko znalezienie małego diamencika, który znalazła
kiedyś w rzece, wiedziała, że to nie przypadek, już wtedy wiedziała ! Przeszukując
najgłębsze zakamarki kufra, błagała wszelkie niebiosa, Merlina a nawet Sklątki
gajowego, byleby znaleźć zgubę. Jakby w amoku wyrzucała rzeczy, nie słuchała
Anastsii, nie zważała na nic. Po kilkunastu minutach od zniknięcia blondynki,
znalazła go. Leżał niepozornie, mały i zakurzony. Pośpiesznie wyczyściła
diamencik i ściskając medalion, włożyła go na miejsce. Zajarzył się jasnym
blaskiem i ukazało się otwarcie.
- Błagam..błagam.. proszę..
– Szeptała Dominique.
Drżącymi palcami otworzyła swój skarb, umieszczone w nim
były dwa magiczne zdjęcia. Na jednym z nich była blondynka a na drugim
brunetka, obie oszałamiająco piękne i w wieku około siedemnastu lat. Pierwsza
miała długie srebrno blond włosy, proste białe zęby i ciemno niebieskie oczy.
Można powiedzieć, że lśniła. Druga o kruczo czarnych krótkich włosach,
brązowych oczach i opalonej cerze, zalotnie uśmiechała się do fotografa, raz po
raz posyłając całusy, w przeciwieństwie do drugiej która patrzyła z lekką
wyższością, ale szczerze się uśmiechała i puszczała oczka.
Myśli Dominique były rozbiegane, któraś z nich mogła być
jej mamą, ciocią, mamą chrzestną.. Lub obie były całkowicie obce… W końcu żadna
nie byłą ruda, ani nie miała wypłowiałych szarych oczu, w których trudno było
doszukać się dawnego błękitu. Z tęsknotą spojrzała na szczęśliwe kobiety i po
jej policzkach popłynęły łzy. Tak właśnie zastały ją przyjaciółki które wpadły
nagle do komnat Anastasii, o których nie powinny wiedzieć. Stały jak wryte
podziwiając wynik pracy tornada o nazwie „Dominique”. Gdy się otrząsnęły,
zaczęły uspokajać i pocieszać przyjaciółkę.
- To nie jest przypadkiem ciocia Fleur ? – Szepnęła
Lilyanne.
- Ccc..o? – Domi spojrzała na nią z miną człowieka, który
czekał na wyrok.
- Fleur Weasley ! No tak ! – Powiedziała Roxy – Drugiej nie
znam.
- Powiedzcie mi o niej..
- Hm.. Więc..
- Nie zaczyna się zdania od więc – Wtrąciła Lily.
- Zaczęłam od Hmm.. !
- Nie !
- Tak !
- WIĘC. To jest nasza ciocia, ma razem z wujkiem Billem
dwójkę dzieci. Nie znamy jej za bardzo, bo mieszkają nad morzem w muszli.
Rzadko przyjeżdżają..
- Myślcie, że znała tą.. – Wskazała palcem na brunetkę.
- Zapytajmy ją, można ją ściągnąć do Hogsmade w tempie
natychmiastowym ! A same pójdziemy przez jedno z przejść – Zaproponowała Lily.
Widząc przychylne spojrzenia przyjaciółek, decydowała dalej – Ja pójdę po mapę
i niewidkę, wy wyślijcie wiadomość patronusem i spotkamy się na pierwszym
piętrze.
***
Dziewczyny weszły do „kociołka”, najlepszej knajpki w
miasteczku. Przeszukiwały wzrokiem knajpkę, aż natrafiły na parę, siedzieli do
dziewczynek tyłem, ale już po włosach można było rozpoznać niejaką Fleur. Alice
i Domi skinęły głowami i usiadły, a Roxy i Lily zaczęły się witać i wymieniać
uprzejmości. Po tej jakże niewygodnej czynności dziewczynki przeszły do
konkretów.
- Ciociu, czy znasz jakąś Dominique ?
- Znałam – Fleur się zmieszała a jej wzrok od razu
posmutniał – Zginęła na wojnie.
-Och, przepraszam.. – Również Roxy się zmieszała ale nie
poddawała się – A miała jakiegoś męża, dziecko, rodzinę..?
- Miała narzeczonego ale on również zginął – Mimo, że była
smutna, ciągle pozostawała w niej nutka wyższości i godności. Dziewczyny
sprawiały wrażenie, jakby to ignorowały, ale Domi czuła się gorsza, nic nie
warta. Bo jak się może czuć brzydka szlama w towarzystwie ślicznej arystokratki
? Dokładnie tak jak Dominique teraz – A tak właściwie czemu pytacie ?
- To chyba należy do pani.. – Domi położyła medalion na
stół i nie mogąc znieść zażenowania i rozczarowania wyszła z lokalu. Szła
ciemnymi uliczkami miasteczka powstrzymując cisnące się do oczu łzy. Nie dość,
że jej jedyna nadzieja na znalezienie kogoś bliskiego upadła, to jeszcze
zraniła przyjaciela uciekając bez pożegnania.
Swe kroki skierowała do tajemniczej części Hogsmade, Nigdy
się tam nie zapuszczała. Przeszła przez ciemny wąski korytarzyk i zobaczyła dwa
rozgałęzienia, wybrała prawe. Zwinnie wspięła się po schodkach i za zdziwieniem
odnotowała, że znalazła się na cmentarzu. Było tu ciemno, szare i białe
nagrobki sprawiały wrażenia żywych, nazwiska i daty przytłaczały. Zniszczone
zabytkowe aniołki, jakby wodziły wzrokiem za dziewczyną. Idealną ciszę przerwał
urwany szloch. Rudowłosa niewiele myśląc skierowała się do jego źródła. W poświacie
księżyca ujrzała kobietę, o jakby białych włosach.. Podchodząc bliżej poznała w
niej Fleur. W lekkim oddaleniu stał rudy mężczyzna. W mroku jego twarz, przez
którą przebiegała blizna wyglądała niezwykle drapieżnie. Blondynka klęczała na
ziemi przed pomnikiem przedstawiającym aniołka. Jedynymi słowami wyrytymi na rzeźbie
były „nasz aniołek”.
- Niech się pani nie załamuje, nie tylko pani kogoś
straciła.. – Dominique przerwała ciszę – To jeszcze nie koniec świata, to
dopiero jego początek. Musimy wciąż iść dalej, nie patrząc na przeszłość..
- Nie jesteś matką, nie możesz mnie zrozumieć.
- Nie udaję, ze wiem co pani czuje. Bo nie wiem. O wojnie
wiem tylko z książek.. swoją drogą przepraszam, że przerwałam.
- Zaczekaj.. – Szepnęła kobieta, której ciałem wstrząsnął
ledwo tłumiony szloch.
niedziela, 6 stycznia 2013
13. Historia Any.
Jak na deszczu łza, cały ten świat nie znaczy nic.
Chwila która trwa, może być najlepszą z twoich chwil.
Chwila która trwa, może być najlepszą z twoich chwil.
Dominique
jak codziennie szła na siódme piętro porozmawiać z Dziewczyną z obrazu, nazywała
ja Aną, bo tamta nie lubiła swojego pierwszego imienia, a drugie było strasznie
długie. Domi trochę unowocześniła sposób wysławiania się Any. Rozmawiały
codziennie, ale zawsze gdy schodziło na poważniejsze tematy Ana odwracała się i
odchodziła w stronę deszczu. Dominique miała trochę dość mieszczanina w pokoju życzeń,
bo za każdym razem musiała się skupiać. A było jej trochę ciężko. Można powiedzieć, że
rudowłosa wpadła w depresję, siadała na końcu klasy a na posiłkach na końcu
stołu. Nie wyróżniała się i prawie nic nie jadła. Często prawie mdlała i
znacznie schudła. Od dwóch tygodni nikt nie wiedział jej uśmiechu. Uczniowie
się nią nie przejmowali, bo była tą szarą jak jej tam.. A nauczyciele nie widzieli
nic niepokojącego. Wraz z funkcją dyrektora profesor Jerome odpuścił sobie
lekcje z rudą, bo już wszystko umiała. A sama Domi nie przejmowała się brakiem
zainteresowania. Tylko Michael czasem próbował ją zagadać, dziewczynka zawsze
wtedy uciekała jak najszybciej. Z czasem nawet nie odpowiadała na pytania
nauczycieli, nikt od kilku dni nie słyszał jej głosu, nikt oprócz Any.
Wreszcie
doszła na miejsce, trochę kręciło jej się w głowie.
- Cześć –
Powiedziała.
- Witaj –
Anastasia przyjrzała się jej badawczo.
- Mam dość –
Domi popatrzyła na swoje trampki, byle tylko nie patrzeć na blondynkę.
- Powiesz
dla mnie, chodzi o co ? – Ana starała się mówić nowocześnie i średnio jej to
szło.
- Ech..
Dobrze.. – Dominique powiedziała dziewczynie o wszystkim. Ana okazała się
oddaną słuchaczką, nie przerywała ale słuchała i kojarzyła fakty, długo
rozmawiały, ale gdy ruda zadała pytanie o jej historię, to jak zwykle odwróciła
się i poszła w stronę deszczu.
- Też kocham
deszcz - Powiedziała Dominique zwracając
twarz w stronę okna, gdzie zaczynały spadać pierwsze kropelki. Zerwała się z
podłogi, rzucając torbę w kąt, zaczęła biec na błonia. Nie widziała, że na jej
słowa Anastasia nagle się zatrzymała z wymalowanym na twarzy szokiem.
Rudowłosa
była już na błoniach, deszcz zmieniał się w ulewę a ona ubrana jedynie w lekki
sweterek biegła przez błonia. Po raz pierwszy od paru tygodni na jej twarzy
wykwitł szeroki, szczery uśmiech. Stała tam kilka minut, mieszając łzy i
śmiech. Pozwoliła emocjom płynąć, nie zważała na aurę, na zimno czy na słabość.
Po prostu żyła.. Lecz po kilku minutach zaczęło jej się robić słabo, odruchowo
chciała wyciągnąć eliksir wzmacniający ale spostrzegła, że nie ma swojej torby.
Wpadła w panikę lecz po chwili i tak straciła przytomność.
***
Dziewczyny
siedziały w dormitoriom, pogoda je usypiała.
Ale dzielnie starały się posprzątać. Roxanne zbierała papierki z całego pokoju,
gdy nagle dostrzegła jakieś listy przy łóżku byłej współlokatorki. Pobieżnie przeczytała kartki, potem spojrzała
na datę i zbladła. Już chciała się zwrócić do dziewczyn ale przypomniała sobie,
że zeszły na dół. Usiadła na łóżku Dominique i schowała twarz w dłoniach, co
ona narobiła. Miała teraz dwa wyjścia, wszystko naprawić lub schować listy pod
łóżko, tak żeby nikt ich nie znalazł. Jeszcze raz spojrzała na listy i
przypomniała sobie, jak wtedy potraktowała dziewczynę. Potem spojrzała na ich
wspólne zdjęcie. Domi stała z boku i uśmiechała się trochę niepewnie, trochę
smutno.. to przeważyło. Brunetka zerwała się i pobiegła w stronę pokoju
wspólnego, ściekając w dłoni kartki.
- Dziewczyny
! Co my zrobiłyśmy.. ?! Dziewczyny.. – Roxy biegła przez pokój wspólny
ignorując gapiów. Dobiegła do kolegów z
rocznika i chciała zabrać dziewczyny, kiedy przeszkodził jej Mike.
- Coś o Domi
prawda, powiedz, że tak.. – Jego wzrok wyrażał rozpacz. A w kącikach oczu błyszczały
łzy. Roxanne w jednej chwili pożałowała swojej decyzji. Zazdrościła dla Domi,
tego, że Mike ją tak kocha. Chciała się wycofać ale przeszkodził jej blondyn –
No powiedz wreszcie !
Bez słowa
podała reszcie kartki jakie znalazła w dormitorium, nie chciała mieszać chłopaków
ale wiedziała, że mogą pomóc. Po chwili Lily pobiegła sprawdzić na mapie gdzie
znajduje się ruda, nie mogła jej znaleźć więc poprosiła dziewczyny i przy okazji
chłopaków o pomoc. Nie znaleźli jej. Usiedli więc w PW i rozważali wszystkie opcje.
Michael usiadł w sporym oddaleniu, nie chciał patrzeć na brunetkę, czuł do niej
nienawiść. Jak mogły to zrobić dla Domi. Dla jego promyczka. Nie wiedział, co
go do tej dziewczyny ciągnie. Ale jak nie wiedział jej uśmiechu, to też nie
mógł się uśmiechać. Patrzył na błonia spowite deszczem i mgłą. Nie mógł znaleźć
sensu. Gdy nagle dostrzegł na trawie jakąś czarną plamę, zaraz to jakaś osoba. Przyjrzał
się bliżej. Ruda osoba. Serce zabiło mu szybciej. W miarę spokojnym krokiem
wyszedł z wieży i pędem puścił się na błonia. Biegnąc w deszczu dostrzegł
dziewczynę, Dominique. Dobiegł i dotkną ręką jej policzka, była lodowata, ale
oddychała. Wziął ją w ramiona, zdziwił się jaka była potwornie lekka.
- Domi,
Domiś.. kochanie.. Proszę.. otwórz oczy.. Błagam.. – Gorączkowo szeptał biegnąc
w stronę Skrzydła szpitalnego.
Pielęgniarka
zajęła się dziewczynką a dla chłopca kazała wyjść, ten jednak został, ale
rzucił na siebie zaklęcie kameleona. Siedział i trzymał zimną dłoń Dominique.
Chciało mu się płakać kiedy patrzył na jej twarz, taką spokojną, ale jednocześnie
bladą. Sine usta i mokre rude włosy rozrzucone po poduszce. Chciał ją wziąć w
ramiona i nigdy nie puszczać. Tyle złego się jej przytrafiło.. Jego rozmyślania
przerwało wejście dyrektora i opiekunki Gryfonów. Rozmawiali ze zmartwioną pielęgniarką.
- Ta
dziewczynka nie jadła nic, co najmniej od tygodnia ! Do tego przedawkowanie
eliksiru wzmacniającego ! Jak nie uzależnienie! Ja sama widziałam jak siedziała
zawsze sama ! Nic się nią nie zajmujecie ! Mogła umrzeć ! Dalej może.. Co wy
sobie myślicie ?!
- Jerome, to
dla niej szczególnie niebezpieczne – Opiekunka Gryfonów skarciła dyrektora –
Ona się chciała zabić ! Jest w rozsypce, najpierw jej babka a potem
przyjaciółki. Ta dziewczyna ma za dużą moc, jest niebezpieczna dla samej
siebie, jak i dla innych ! Trzeba ją odeskortować do munga na uśpienie mocy. Ty
też pewnie wyuczyłeś co zrobiła niedawno na błoniach !
- Wiesz, że
się szykuje wojna ! Ona jest zbyt cenna !
- Ona może
zniszczyć pół zamku w gniewie ! A ty myślisz o wojnie ! – Profesorka naprawdę
się zjeżyła.
- Wiesz, że
to grozi całkowitą utratą mocy magicznej, lub nawet śmiercią, jest zbyt
niebezpieczne ! Ona jest niebezpieczna ! Jak ty tego nie zrobisz to ja ! Większe
dobro Jerome.. – Wycedziła profesorka i głosy ucichły.
- Odejdź,
kimkolwiek jesteś, odejdź… - Mike usłyszał cichutki głos Domi. Ciężko było jej
mówić. Chłopak złapał eliksir wzmacniając z tacy i wlał do buzi dla
dziewczynki. Dopiero wtedy mógł wyjść, żeby zaszyć się gdzieś i odreagować, to
odrzucenia, nieświadome ale jednak..
Rudowłosa
dziewczynka, dzięki swojemu wybawcy zdołała dojść na siódme piętro. Miała
właśnie wejść do Pokoju Życzeń kiedy usłyszała melodyjny głos.
- Tam nie
jest bezpiecznie, wiem się co stało.. Ale muszę wiedzieć jeszcze rzecz jedną.. Co
byś powiedziała, żebym ci zdradzić
tajemnicę chciała..?
-
Powiedziałabym, że możesz jeśli mi ufasz, a ja nikomu cię nie wydam. Lecz jeśli
mi nie ufasz, to lepiej.. milcz.
Długo
czekałam na odpowiedź taką… Wejdź – Uchyliła ramę swojego obrazu. Ukazał się tam
lekko zakurzony korytarz. Jedno machnięcie różdżką i było czysto. Dziewczynka
szła dalej, znalazła się w okrągłym pomieszczeniu, które też musiała wyczyścić.
Na środku była fontanna, z piękną rzeźbą. Jakby podobną do Any. Nad nią śliczny
żyrandol. Było też kilka par drzwi. Usłyszała głos z pierwszych z brzegu,
właśnie tam się skierowała. Była to sypialnia, jak się okazało po odczyszczeniu,
utrzymana w kremowych kolorach. Wisiał tam kolejny portret Any. Na tym była
ubrana identycznie jak na poprzednim, a tło było odbiciem lustrzanym komnaty w
której się znajdowały.
- Co to za
miejsce..? – Dominique była oczarowana.
- W końcu do
tego dojdę, a ty posłuchaj.. Mojej historii – Dzięczyna zamknęła oczy – W moich
czasach były głównie rodziny czysto krwiste i moc czarodziejów była ogromna.. Ale
ja.. Moja matka związała się z mugolem i urodziłam się ja. Rodzina zabiła
zarówno matkę jak i ojca za zdradę krwi, a mnie pozostawili pod nazwiskiem Hufflepuff.
Dorastałam z moją kuzynką Walgettą. Ona już w wieku pięciu lat umiała
transmutować liść w domek na drzewie, a ja w wieku jedenastu opanowałam to. Zawsze
byłam osobą tą gorszą. Wujostwo się mnie wstydziło zadecydowali więc, że
powinni mnie zabić tak jak rodziców. Ale nie chcieli niszczyć reputacji.. Dlatego
tego podjęła się moja babka Helga – Przez cały czas jak mówiła, jej twarz
pozostawała niewzruszona – Ale zamiast mnie zabić zbudowała mi to.. Przychodziła
tu do mnie i mnie uczyła, kochała mnie. A ja.. ja ją zawiodłam. Raz w nocy
wyszłam popatrzeć na niebo i przyłapał mnie chłopak. Potem spotykaliśmy się coraz
częściej, kochałam go i opowiedziałam mu wszystko, był taki opiekuńczy i
kochany.. Aż dnia pewnego przybył do mnie ze swoim nauczycielem. Był nim
Salazar, okazało się, że A.. ten chłopak specjalnie mnie szpiegował, byłam taka
głupia. Salazar w akcie zemsty umieścił mnie w obrazie. Bym musiała przez
miliony lat cierpieć w samotności lub oglądać magię, której nigdy nie posiądę. Uznał,
że śmierć to dla mnie za mało.. – Blondynka prychnęła – I tak, tkwię tutaj już
tyle lat..
- To straszne.. – Ruda ziewnęła, czuła że zaraz zaśnie.
- Śpij, miałaś ciężki dzień..
***
Wypoczęta Dominique otworzyła zaspane oczy i wpadła w panikę,
jak mogła spać tyle czasu ?!
- Ana ! Która godzina.
- Ciszej ! Jest 3 o poranku – Powiedziała zaspana Blondynka.
- Jakim cudem ?!
- Tutaj czas płynie o połowę wolniej… Ale wymyślić musimy co
zrobić, żeby cię nie zabrali.
- Taak. To chore, kiedyś za dużą moc nagradzali a teraz
całkowicie odwrotnie. A ja w końcu nie mam tak wielkiej mocy ! No !
- Musisz się z nimi pogodzić.. – Szepnęła nieśmiało
bladowłosa.
- Muszę też coś wymyślić, żeby cię stąd wyciągnąć..
- To mniej ważna sprawa.. – Dziewczyna uśmiechnęła się lekko
- Musisz się wemknąć do dormitorium, a na śniadaniu być w pełni normalna.
- Muszę.. !?
- Śpiesz się. .
***Rozdział dedykowany pospieszającym <33
piątek, 4 stycznia 2013
12. Zły dzień.
„Ale też w jakiś
sposób zdesperowana. Może wybuchała zbyt głośnym śmiechem, a może jej uśmiech
był zbyt nieobecny.”
Osaczona
Trzynastego
września Dominique wstała z łóżka lewą nogą, nie wierzyła w przesądy ale miała
złe przeczucia. Dziewczynka rozejrzała się po dormitorium, dziewczyn już nie
było. Po chwili jej wzrok spoczął na zegarze, za 20 minut miała rozpocząć się
lekcja. Czemu dziewczyny jej nie obudziły ?! Biegnąc do Wielkiej Sali Domi
wiedziała, że to będzie zły dzień. Wpadła z hukiem do pomieszczenia i pobiegła
na swoje miejsce, w momencie gdy usiadła, ze stołu zniknęło jedzenie. Czekały
na nią trzy listy. Nie miała czasu ich czytać, chciała biec na lekcję, ale
zatrzymał ją nowy dyrektor, wciąż traktowała go jak opiekuna gryfonów ale
pieczę na domem lwa przejęła nowa profesorka OPCM.
- Czy
mogłabyś udać się ze mną do mojego gabinetu ?
-Ja nic nie
zrobiłam, ja tylko zaspałam, a dziewczyny..- Zaczęła tłumaczyć Domi. Na co
dyrektor uśmiechną się jakby smutno.
- Wszystko
wyjaśnimy na miejscu.
Przeszli
kilka korytarzy, a Domi irytowała się, że nie korzystają z tajnych przejść ale
dręczona niepewnością milczała. Wiedziała, że Profesor Jerome przygląda jej się
badawczo, gdy weszli do gabinetu, dziewczynka zauważyła czekającą profesor
Endcurouh. Ruda usiada przed profesorem, czekając na.. właściwie nie wiedziała
czego się spodziewać. Poczuła ręce profesorki na ramionach.
- Dominique,
dostałaś dzisiaj jakieś listy ? – Spytał profesor poważnym tonem. Dziewczynka kiwnęła
głową –Mógłbym je zobaczyć ?
Dziewczynka
bez słowa podała profesorowi korespondencję, czekając. Oglądał po woli każdą z
kopert.
- Czy może
pan w końcu powiedzieć o co chodzi ? – Szepnęła ledwo słyszalne dziewczynka.
- Moja droga…
Twoja babcia nie żyje, podejrzewamy
zaklęcie niewybaczalne..
Twarz dziewczynki
zmieniła się lekko, z niepewnej na maskę, która nie wyraża żadnych uczuć. To
śmieszne, że umiała panować nad sobą tak dobrze tylko dlatego, że nie chciała
tracić przyjaciółek, które i tak traciła. Wyrwana z rozmyślań kiwnęła głową
ponownie.
- Tutaj masz
kopię testamentu oraz akt zgonu, list adresowany Ciebie w wypadku jej śmierci
oraz list z magicznego domu dziecka. Czy mogę Ci jakoś pomóc ?
Widząc pusty
wzrok byłej podopiecznej, profesor czuł się winny. Opiekunka gryfonów objęła dziewczynkę,
która nie protestowała i odprowadziła do wieży Gryfonów. Tak Domi samotnie usiadła
na łóżku i pozwoliła sobie na kilka łez, które zamieniły się w kilka godzin
ciągłego płaczu. Gdy skończyły jej się łzy nie czuła nic, nie czuła złości, ani
gniewu, ani nawet smutku. Jedynie odrętwienie. Sięgnęła po listy, pierwszy z
ministerstwa. Babcia przepisała jej wszystko, a oni przelali to do Gringota ,
dołączony był kluczyk. Akt zgonu od razu odrzuciła. Następnie sięgnęła po list
z domu dziecka, informował, że na wakacje i zależnie od upodobania święta,
będzie mieszkała w czarodziejskim sierocińcu. Nie skupiała się nad nim za
bardzo. Też go odrzuciła. Na koniec zostawiła list od babci.
Droga Domi..
Przepraszam Cię kochanie za to co teraz
przeczytasz i pamiętaj, że zawsze byłaś, jesteś i będziesz moją kochaną wnusią.
Kłamałam, przez te wszystkie lata. Wcale nie jestem Twoją biologiczną babką.
Teraz napiszę Ci całą historię. Klarysa i Henry ( mój syn i jego żona ) oraz
ich córeczka Amanda zostali zamordowani. Rozpaczałam, starsza pani, której
odebrano wszystko.. Którejś nocy usłyszałam płacz dziecka. Leżałaś na moim progu i tak przypominałaś
Amandę.. Zaopiekowałam się Tobą, wmawiając wszystkim, nawet sobie, ze jesteś
właśnie moją wnusią. Nie było przy tobie żadnego listu, tylko ten medalion. Z
tyłu wyryte jest Dominique. Więc tak cię nazwałam…
Przepraszam kochana, że dowiadujesz się
w ten sposób ale dla mnie jesteś wnuczką. Dla mnie jesteś wszystkim i o ile
mnie nie znienawidzisz, zastanę z Tobą zawsze w Twoim serduszku. Bałam się
odrzucenia, dlatego zwlekałam, proszę wybacz błąd starszej pani..
Twoja Babcia.
Po raz
kolejny Domi odrzuciła kartkę za siebie i płakała. Czyli, że jej rodzice pewnie
jej nie chcieli. Zostawili ją na progu, niechcianą.. Nie czuła już nic do
kobiety która zwała się jej babcią przez te wszystkie lata. Nie czuła nic
oprócz pustki i nienawiści. Poszła w stronę ubikacji i spojrzała w lustro.
Zobaczyła tam siebie, jej rozczochrane marchewkowe włosy wyglądały jak gniazdo,
czerwone od płaczu oczy kontrastowały z bladą cerą. A sińce pod oczami dopełniały
okropnego wizerunku. Domi wzięła zimny prysznic i doprowadziła się do porządku,
założyła swoją dobrze wyćwiczoną maskę i weszła do dormitorium. Usiadła na łóżku
z książką i zapadła się w świat „Transmutacji dla mistrzów” . Po nieokreślonym czasie
do dormitorium wpadły roześmiane dziewczyny, widząc swoją przyjaciółkę, która
po raz kolejny uczyła się, Roxy nie mogła powstrzymać komentarza.
- Może byś
do ludzi poszła a nie ciągle w książkach, a potem dziwisz się, ze cię kujonem
nazywają..
- Przeszkadza
ci to? – Wychrypiała Domi zwijając ręce w pięści.
- Spokojnie,
uważam tylko, ze powinnaś nadrabiać charakterem..
- Nie musisz
mi po raz kolejny mówić, że jestem gorsza od Ciebie ! – Krząknęła Domi wstając.
- Ale jesteś
! Spójrz na Siebie !
- Co ja cię
wgl. Obchodzę ?!
- Kradniesz
mi tlen z dormitorium ! – Roxanne zaśmiała się zimno. Już dawno w obu dziewczynach
tłamsiły się emocje.
- IRATUS ! – Domi, rzuciła w Roxy zaklęciem,
które zadaje taki ból w jakim stanie jest osoba rzucająca. Zaklęcie tylko
musnęło dziewczynę, a ta już i tak upadła na ziemię ciążo oddychając. Rudowłosa patrzyła na to pustym wzrokiem,
pozwoliła żeby zaklęcia koleżanek w nią uderzyły. Lily wysłała upiorogacka,
Roxy proste zaklęcie tnące, a Ali zaklęcie bijące. Pod wpływem takiej
mieszanki, dziewczynka zatoczyła się i upadła, lecz dalej pozostała niewzruszona.
Jej „przyjaciółki” wyszły obrzucając ja pogardliwymi spojrzeniami. Gdy doszła
do siebie, podczołgała się do Mapy, którą miała Lily i mocnym zaklęciem
wymazała swoją obecność ze skrawka pergaminu. Do peleryny przyczepiła różową
nitkę i zamknęła kufer. Spakowała swoje rzeczy, pozostawiając wszystkie
prezenty jakie dostała od dziewczyn na łóżku i rzucając na siebie i swój kufer
zaklęcie kameleona wyszła z wieży Gryfonów. Przechodząc zauważyła dziewczyny z
bliźniakami i Michaelaem. Bardzo chciała porozmawiać z blondynem ale zrozumiała,
że czysto krwisty czarodziej to nie jej „liga”. Nie miała pomysłu gdzie mogłaby
się udać więc poszła na opuszczony
korytarz na siódmym piętrze. Tam usiadła na parapecie i pogrążyła się w cichej rozpaczy.
Straciła wszystkich, więc po co dalej żyć ? Nie wiedziała. Nic o sobie nie
wiedziała.
- Kim jestem
? – Szepnęła w ciemność.
- Cierpisz –
Usłyszała znikąd –Wszak czemu?
Był to
melodyjny głos, taki spokojny, piękny i.. smutny. Domi zeszła z parapetu i stanęła
przed obrazem. Różdżką go oczyściła. Przedstawiał młodą dziewczynę, może w jej
wieku, może nie. Siedziała na ławeczce nad rzeką, w tle padał deszcz. Ona sama była
ubrana w piękna suknię, jakby z całkowicie innej epoki. Była blada, tak jak Domi.
Miała wielkie zielone oczy i niewielkie różowe usta. Blond włosy miała spięte w
ciasny kok. Była śliczna, ale z jej oczu zioną smutek.
- A ty czemu
jesteś smutna ? – Zapytała ruda, chcąc uniknąć odpowiedzi. Dama spojrzała wyniośle
w jej oczy, uśmiechnęła się smutno i zgrabnie odeszła w stronę deszczu.
Cóż za ironia,
pomyślała dziewczynka, brak zgrabności, kolejny punkt na mojej liście „ w czym
jestem gorsza od innych” . Nie chcąc stać jak kołek poszła w stronę wierzy
astronomicznej. Będąc na jej szczycie czuła się wolna. Przymknęła oczy czując
wiatr na twarzy. Wyobraziła sobie, że jest ładną dziewczyną, ma przyjaciółki i
chłopaka, w ma normalną rodzinę. Ale gdy otworzyła oczy spotkają zawód.
Poważnie zaczęła rozmyślać nad samobójstwem, nie bała się śmierci. Bała się co
będzie dalej. Jej bab.. Kobieta która ją wychowała wyznawała katolicyzm, ale
Domi była raczej ateistką, chociaż bała się, że piekło gdzieś tam jest, to co
za różnica czy trafi tam teraz czy za kilka lat. Podeszła do barierki i
wychyliła się, zamknęła oczy, rozłożyła ręce i przeniosła ciężar ciała, poczuła
jednak szarpnięcie. Otworzyła oczy i zobaczyła, że jej sweter zaczepił się o
barierkę.
Kolejna
pozycja na liście, nie potrafię się nawet zabić..
Usiadła na
kamiennej podłodze i zaczęła się histerycznie śmiać, po policzkach płynęły
gorące łzy a ona zwijała się ze śmiechu. W takim stanie zastała ją opiekunka
Gryfonów.
- Co tu
robisz ?
-
Stwierdzam, że hi hi nie umiem się zabić.
- Dlaczego
nie jesteś w dormitorium ?
- Bo hi hi moje
współ. Hi hi lokatorki stwardziły, ze zbieram im hi hi cenny tlen – Odpowiadała
Domi nie mogąc powstrzymać chichotu .
- Piłaś coś
?
- Nie hi hi
zapomniałam o jedzeniu nawet Hi hi. Ale to zabawne, po co ja pani to mówię,
pani nawet aury nie ma hi hi głupia wiewiórka ma aurę a pani nie hi hi. To
spierniczone genetycznie? Hihi.
- Skąd to
wiesz ? Zresztą sama też nie masz.. – Profesorka była szczerze zdziwiona.
- Chcesz
aury ? Masz aurę hi hi - Dziewczynka
zdjęła osłony oklumencji oraz maskę uczuć i bariery aury, a magia zwarta w
ciele dziewczynki wystrzeliła zwalając profesorkę z nóg – Hihi. Ale ma pani
minę ! Hihi Jakbym powiedziała pani, ze profesor Jerome jest kobietą ! Hihi.. Ale
się nie martwi nie jest, ale myślę, ż jakby był, to byłby lesbijką, a wie pani
dlaczego lesbijki to lesbijki a nie na przykład gruszki ? Hihi. To ciekawa
historia a zaczyna się od wysypy.. – Domi gadała jak najęta aż z powodu
uwolnienia całej aury w takim stanie, straciła przytomność. Profesorka przyjęła
to z ulgą. Zaniosła dziewczynkę do swoich kwater i pozostawiła aby odpoczęła.
Była nieprzytomna przez dwa dni, aż obudziła się. By to już późny wieczór. Leżała
wpatrując się w sufit, po jej policzku spłynęła samotna łza.
Rozejrzała
się. Była w niewielkiej sypialni. Jedno duże, wygodne łóżko, szafka nocna i
dwie pary drzwi. Pokój był ciemny ale przytulny. Wyszła z łóżka i skierowała
się do jednych z drzwi okazały się łazienką, wyłożoną beżowymi płytkami. Dziewczynka
nawet nie spojrzała w lustro. Przeszła przez drugie drzwi i zastała tam profesorkę.
- Przepraszam
– Wyszeptała.
Tamta się
tylko uśmiechnęła i pokazała Domi miejsce
na krzesełku pod ścianą, sama podeszła do drugiego końca pokoju i uwolniła
własną aurę. Była wieka i przytaczająca. O ile twierdziła, że profesor Jerome
jest potężny, to przy opiekunce Gryfonów
wypada jak wiewiórka.
- Domi, czy
wrócisz do dormitorium ? – Zapytał z troską kobieta, gdy ponownie schowała aurę.
- Dam radę
pani profesor.
- A co
powiesz na dodatkowe lekcje, ale już po świętach ?- Spytała kobieta
- Z chęcią,
czy. Czy mogę iść ?
- Oczywiście
ale uważaj..
Dziewczynka
znowu skierowała się na siódme piętro, jej kufer stał nieruszony. Usiadła na
nim i zwróciła twarz na obraz.
- A tak w
ogóle to Domi jestem..
- Miło mi –
Dziewczyna na obrazie kiwnęła głową – Jam Virginia Anastasia Hufflepuff.
- Jam
szlamowata Dominique nie mam nawet drugiego imienia ani nazwiska.. Dominique- Przedstawiła się
bardziej dostojnie ruda – Czyli jesteś związana z jedną z założycielek..?
- Wciąż
zajmuję się oczekiwaniem na twą odpowiedź o pani – Wypowiedziała dziewczyna i
ponownie odeszła w stronę deszczu. Z kolei Domi poszła do pokoju życzeń. Musi
gdzieś mieszkać, czyż nie ?
Subskrybuj:
Posty (Atom)