niedziela, 11 listopada 2012

3. Ślizgoni są źli..

Dla Kasi i Magdy, bo nie boją się klawiatury..


"...wszystkie drogi prowadzą do ludzi."
  Antoine de Saint-Exupéry — Mały Książę 

Następny tydzień zleciał dziewczynce bardzo szybko, codziennie wstawała wcześnie i czytała książki, bała się, że pomimo to będzie najgorsza, strasznie chciała wypróbować zaklęcia, wyuczyła się teorii na pamięć ale bała się. Okropnie się bała, że jej nie wyjdzie, albo, że się obudzi, wolała żyć w nieświadomości, która zżerała ją od środka. Gdy został jej dokładnie tydzień, zanim wyruszy do szkoły przemogła się, stanęła na środku pokoju, wzięła różdżkę do ręki i wypowiedziała drżącym głosem formułkę zaklęcia lumos, koniec jej różdżki zaświecił się leciutko.  Już pewniej powiedziała nox i kilka razy to powtórzyła. Wyszło jej bez żadnych trudności. Gdy zaczęła skakać z radości po pokoju niechcący strąciła ramkę ze zdjęciem jej i babci, przestraszyła się i zdenerwowała. Już chciała iść po zmiotkę kiedy przypomniała sobie kim jest, złapała różdżkę i wypowiedziała wyuczone zaklęcie: reparo ramka  nie dość, że się naprawiła, to wskoczyła samoistnie na biurko. Dziewczynka patrzyła na to oniemiała.
- Kochanie ! Obiad !
- Idę – Rzuciła się biegiem na dół w ręku wciąż ściskając różdżkę. Z szerokim uśmiechem i błyszczącymi oczami, pośpiesznie zjadła obiad i wróciła na górę ćwiczyć zaklęcia, zarówno szkolne, jak i te z książek „101 pożytecznych zaklęć” i  „niezbędnik nastoletniej czarownicy”. Już była pewna, ze nie będzie odstawać. Oraz, że jej nie wyrzucą, przeczytała całą historie Hogwartu.  Gdy przerobiła większość zaklęć, niektóre wychodziły jej dopiero za 2 czy 3 razem, wstydziła się tego, ale nie poddawała się, rozpoczęła czytanie książki o wojnie. Zajęło jej to 2 dni. Miała potem koszmary, zastanawiała się czy jej rodzice nie zginęli przypadkiem. To było straszne, współczuła Harremu Potterowi, ale go troszkę rozumiała.  W ostatnich dniach Dominique pakowała i rozpakowywała kufer jakieś 20 razy. Gdy otworzyła oczy 31 sierpnia uśmiechnęła się szeroko, lecz gdy pomyślała o babci posmutniała. W końcu rozpocznie nowe życie, a jej babcia zostanie tu sama. Jednego była w 100 % pewna, nigdy już nie będzie tą spokojną Domi. Podeszła do swojej szafy i krytycznie spojrzała na bałagan jaki tam zostawiła. Potem podeszła do kufra. Wyrzuciła wszystkie ubrania na środek pokoju i segregowała je i składała, Postanowiła wybrać sobie dwa stroje, na dziś i na jutro. Podobno ma być bardzo słonecznie w całej Anglii, ale czy tam w Hogwarcie też ? Na dziś wybrała granatową krótką spódniczkę i prostą różową koszulę, włosy rozczesała i pozostawiła w lekkich falach do te tego wybrała czarne sandałki. Na jutro przygotowała ciemne spodenki, fioletową bluzkę z krótkim rękawem i szary sweterek. Resztę ubrań, rzeczy i książek spakowała do kufra. Włożyła tam też swoje oszczędności zamienione na czarodziejskie pieniądze, zdjęcie swojej babci i kilka innych drobiazgów. Na samą górę włożyła szatę czarodzieja i szczęśliwa zeszła na dół. Po zjedzeniu śniadania postanowiła wybrać się na spacer, żeby pożegnać się z miejscem gdzie spędziła kawał swojego życia, poszła do centrum, obeszła wszystkie sklepy, ludzie byli do niej nawet pozytywnie nastawieni więc pożegnała się z każdym i ruszyła do najważniejszego dla niej miejsca. Do swojego azylu, ale z jej szczęściem musiała po drodze trafić na Lucy, jej dwie sobowtórki oraz chłopaków za którymi latały.
- Proszę. Proszę, kogo moje śliczne oczy widzą ? Głupią idiotkę, którą zaraz zamkną w zakładzie dla obłąkanych. – Zironizowała Lucy i zaśmiała się sztucznie badając reakcję chłopaków.  W Domi się zagotowało, jak ona śmie psuć jej dzień. Jutro i tak wyjeżdża..
- Wiesz co ?! Obrażasz mnie od kiedy pamiętam, to zawsze ja byłam tą dorosłą, tą która nie odpowiadała ale koniec ! Mam dość ! Jak jesteś zazdrosna to powiedz, wiem, że jestem atrakcyjna ! Jestem sobą, a nie jakąś sztuczną zołzą ! Twoje odzywki są do bani i zajmij się swoim życiem, a nie tylko ciągle moim ! Jutro wyjeżdżam i będą ponad tobą, ba ja już jestem ponad tobą ! Ogarnij siebie i swoje ego pusta zołzo ! – Zostawiła oniemiałych „znajomych” i ze łzami w oczach poszła nasz rzekę.
Spacerowała sobie brzegiem kiedy zobaczyła na dnie coś błyszczącego, niewiele myśląc weszła do wody i podeszła do wysokiej trawy, wyciągnęła ona mały diamencik o dziwnym kształcie, ale co on tu robi ? Pewnie to cyrkonia, ale coś nie pozwoliło Domi jej go wyrzucić. Wsadziła go d kieszeni i wyszła z wody, zaczynało się już ściemniać, a ona była bardzo głodna, wiedziała też, że jej babcia bardzo się martwi, dlatego szybkim krokiem skierowała się w stronę domu. Weszła do kuchni gdzie babcia uśmiechnęła się ze zrozumieniem i wskazała na sowę, która natychmiast do niej podleciała i dała list. Domi wystraszyła się , że chcę ją wyrzucić, z bijącym sercem przeczytała treść:
Kochana Domi !
 Nie mogę jutro po Ciebie przybyć, musze się zająć przydziałem. Przepraszam najmocniej, dyrektorka wysyła po Ciebie prof. Milicente Bulstrode, nauczycielkę transmutacji, wredna jest, więc uważaj.. Była Ślizgonką.
Przytulam Neville
Domi westchnęła, trochę się bała, ale da radę. Śligonką, mało jej to mówiło, ale chyba chodziło o założycieli czy coś. Nie było o tym dużo w Historii Hogwartu.
- Babciu, może się wycofać ?
- Kochanie, to twoja szansa. Wiem jakie są twoje relacje z rówieśnikami, to tam jest twoje miejsce słonko.
- Dziękuje babciu, pójdę już spać, jutro musze wcześnie wstać – Uśmiechnęła się słabo i przytuliła babcię.
- Dobranoc kochanie.
Domi szubko usnęła, obudziła się koło 6 rano wypoczęta i straszliwie zdenerwowana, dopakowała do kufra ubrania które miała wczoraj na sobie, ubrała się w te przygotowane, wykonała poranną toaletę i jeszcze raz obejrzała cały swój pokój. Będzie tęsknić, z cichym westchnieniem zaciągnęła kufer na dół. Postawiła na min klatkę z sową, którą nazwała Dafne i zasiadła do śniadania. Babcia dała jej jeszcze z tuzin jej słynnych pączków i drożdżówek. Dokładnie o 10:30 usłyszały cichy trzask i puknie do drzwi, babcia wpuściła do środka dziwnie wyglądającą, młodą brunetkę w szacie czarodzieja. Miała wystającą szczękę i czarne oczy, do tego nie można by jej nazwać chudą, a nawet wręcz przeciwne.  Domi spojrzała z obawą na babcię i uściskała ją.
- Kocham cię babciu – Wyszeptała
- I ja ciebie słonko, wyślij mi list jak znajdziesz chwilę skarbeńku.
- Dzień dobry, czy mogłabyś się ruszyć, nie mam całego dnia – Powiedziała nie miłym głosem profesorka.
- Oczywiście panie profesor, a przepraszam.. Pani Profesor.. – Domi sama nie wiedziała skąd u niej tyle jadu, ale na pewno nie znajdą z tą kobietą wspólnego języka.
- Chodź dziewczyno. !
- Papa. Babciu ! – Mili ( tak strasznie jej pasuje takie zdrobnienie, że aż wcale ) zmniejszyła jej rzeczy  i wyciągnęła ramię, Domi je chwyciła i poczuła uścisk w okolicach pępka. Tym razem zniosła to bardzo dobrze, i widziała zawód w oczach jej nowego wroga. Kobieta bez słowa wcisnęła jej wózek z jej rzeczami i zostawiła ją na środku stacji King Cross. Dominique była tu po raz pierwszy i rozglądała się wokoło, nie było tu tłoczno. Dziewczynka wyciągnęła z kieszeni bilet i zobaczyła, ze powinna skierować się na peron 9 i ¾ , Gdy doszła do 9 zdziwiła się, że nie widzi nigdzie opisanego na bilecie, dalej był dziesiąty, jedenasty… Dziewczynka zerknęła za zegarek. Było za dziesięć. Usiadła zrezygnowana na ławeczce i zastanawiała się jakim cudem wróci do domu, jak się wytłumaczy babci i jak zniesie nowy rok szkolny, przecież Lucy nie da jej żyć. Po jej policzku spłynęła jedna łza, symbolizowała ona całą jej bezradność, zawód i smutek. A tak się cieszyła.. Z westchnieniem spojrzała na swoją sowę, Mogłaby napisać do Nev’a ale on pewnie był wynajętym aktorem a sówka i tak w 8 minut nie zaleci i nie wróci.
- Och Dafne, chyba jednak nie będę miała konfliktów z Mili, ani nie będę miała przyjaciela w Nevillu. Ale zawsze mam ciebie. – Sówka pokonała główką i zamknęła swoje zielone oczka. Domi wstała i chciała ruszać do wyjścia gdy zauważyła rodzinę, którą widziała na Pokątnej. Szybko jedno po drugim pobiegli na metalową barierkę i zniknęli. „nie mam nic do stracenia” pomyślała i także pobiegła w stronę barierki. Udało jej się ! Wylądowała w całkiem innym miejscu pełnym dziwnych ludzi i dzieci, wszyscy się żegnali i witali, były uśmiechy, łzy i sowy.. Uśmiechnęła się, bo pomimo wszystko czuła się tu dobrze. Stała chwilę i podziwiała, wskutek czego prawie nie zdążyła wsiąść do pociągu. Gdy się już wdrapała, ruszył. Długo szukała wolnego przedziału zaglądając w okna, gdy dochodziła do końca traciła nadzieję. Nagle usłyszała krzyki z ostatniego przedziału, złapała różdżkę i pobiegła tam. Drzwi były otwarte, w przedziale siedziały 3 lekko przestraszone dziewczyny a nad nimi stał jakiś wysoki brunet w czarnej szacie z zielonymi wstawkami, a obok niego dwóch chłopaków, w stylu gorylów. Ten pierwszy kłócił się z dziewczynkami i w pewnym momencie wycelował różdżkę w ciemnowłosą dziewczynkę..
- Cruc..
- Expelliarmus ! – Krzyknęła Domi a różdżka chłopaka upadła na ziemię kawałek od niego.
- Jak śmiałaś ty mała szlamo ?! – wrzasną na nią, a jego Goryle wycelowali w nią różdżkami. Przestraszyła się ale nie dała tego po sobie poznać.
- A śmiałam napuszony.. kretynie ! – warknęła. Jeden z jego kolegów zirytował się i rzucił w nią jakimś zaklęciem. Miało fioletowy promień i drasnęło ją w policzek, ponieważ w porę się odsunęła. Nie usłyszała formułki, ale poczuła gorącą ciecz na twarzy. Gdy drugi kolega już chciał ją atakować zza jego pleców usłyszał jakieś krzyki a twarze trójki chłopaków zaczęły puchnąć. Zdenerwowani czym prędzej poszli w inną stronę, a Domi usiadła na swoim kufrze.
- Hej, boli cię policzek ? – Zapytała rudowłosa dziewczynka. Nie jestem sama z tym kolorem Pomyślała Domi.
- Nie jest źle. Dzięki za troskę – Wstała i chciała iść dalej. Zastanawiała się czy podróż będzie długa, bo mogłaby posiedzieć na korytarzu.
- A ty gdzie ? – Zapytała brunetka. Była całkiem wysoka, miała ciemną cerę i długie falowane ciemno-brązowe włosy, do tego pełne usta, była śliczna.
- Nie wiem, nie mam gdzie – Uśmiechnęła się lekko.
- To się nie zastanawiaj i siadaj – Powiedziała wesoło ta druga. Miała proste, niedługie, rude włosy, była mniejsza od brunetki, miała jasną cerę i kilka piegów. Do tego duże błyszczące brązowe oczy, tak jak poprzednia. Dominique weszła do przedziału, ustawiła swój kufer i klatkę z Dafne i usiadła. W środku była jeszcze jedna dziewczyna, wyglądała na spokojną. Miała długie blond włosy, jasną cerę i wielkie niebieskie oczy. Była wręcz ideałem.
- Witaj jestem Alice. Alice Carot, idę teraz do pierwszej klasy, a raczej jadę – Uśmiechnęła się promiennie.
- Ja jestem Lily Potter. Też jestem pierwszoroczna – Wywróciła oczami.
- A ja Roxanne Weasley ‏, Roxy. Jestem spokrewniona z tą tu – wskazała na Lily – I oczywiście idę na pierwszy rok.
- A ja jestem Dominique Roven, tak samo jak wy, pierwszy raz jadę d Hogwartu. I moi rodzice nie byli czarodziejami.. Więc mogę jeszcze wyjść..
- Co ty gadasz ? Pochodzimy z najsłynniejszej rodziny zdrajców krwi.
- A ja Jestem pół-krwi. Ale co to ma za znaczenie, przecież ty rozbroiłaś gościa z siódmego roku ! A mi ledwo lumos wychodzi, ja wiem, że mamy się tam uczyć ale wiecie nie chcę odstawać ani nic, a tak wgl. to dużo gadam, chociaż jestem raczej spokojna, bardzo bym chciała być Gryfonką a wy ? – Powiedziała spokojnie, chociaż szybko Alice.
- My to chyba nawet wyboru nie mamy – Powiedziały jednocześnie Roxy i Lily.
- A ja niezbyt wiem.. Wiem, że nie chcę iść do tych zielonych, mam na pieńku z nauczycielką transmutacji i chłopakiem z siódmego roku.
- Z tego co widać, ciebie również czeka Gryffindor.. – Wszystkie zaczęły się śmiać. Chociaż nie do końca wiedziały dlaczego. Dominique już czuła, że gdzieś pasuje.. 

sobota, 3 listopada 2012

2. Pokątna.

"- Kiedy możemy zauważyć mo­ment, gdy kończy się noc a zaczy­na dzień? [...]

- Kiedy pod­chodzi do nas ob­cy człowiek, a my bie­rze­my go za nasze­go przy­jaciela i zni­kają spo­ry - to jest chwi­la, gdy kończy się noc, a zaczy­na dzień. " 


Paulo Coelho




Następnego dnia Dominique obudziła się bardzo wcześnie, na dworze było jeszcze szaro a na dole nie słychać było krzątania babci. Dziewczynka już w pełni rozbudzona uśmiechnęła się i po cichu wybrała ubrania i wykonała poranną toaletę, najciszej jak umiała zeszła na dół. Zegarek wskazywał 5 nad ranem. Złapała wczorajszą bułeczkę i wymknęła się z domu, poszła nad rzekę i znów weszła na swoje ulubione drzewo, z dziupli wyjęła reklamówkę, było w niej pudełko a w nim jej skarby, między innymi blok i ołówki. Dziewczynka kochała szkicować.. Zamknęła oczy i pomyślała co teraz czuje, ołówek w jej ręku jakby kierowany przez jakąś siłę zaczął kreślić kształty, po jakimś czasie gdy już praca była gotowa, spojrzała na nią, przedstawiała ją samą, z jednej strony uśmiechniętą a z drugiej ciemną, rozmazaną. Właśnie tak się czuła. To ją uspokoiło i pozwoliło pozbierać myśli, wiedziała, że jeśli jest to prawda, to jest to jej wielka szansa, ale szkoda jej było zostawiać babcię, bo przecież tu nie chodzi o jej szkołę w rodzinnym miasteczku. Już chciała wracać żeby babcia się nie martwiła ale usłyszała czyjś głos, a raczej dwóch osób, rozpoznała w nich Lucy i jej przyjaciółkę.
- Haha. Ale idiotka z tej Dominique, w tym roku w szkole będzie miała piekło.. Zresztą co powiesz na sabotowanie jej domu.. Wybijać jedno okno w każdą niedzielę ? Haha. Szkoda mi jej babki, biedna musi użerać się z takim czymś.
- Jasne a widziałaś jej ciuchy ? Przecież w sweterkach chodziło się 100 lat temu, to bezguście nie ma nawet komputera..
- Komputera ? Ona nie wie co to komórka ! Haha. Po prostu nie pasuje do ludzkiego życia. Niby ma jedenaście lat, a jest gorsza od mojej pięcioletniej siostry.
- Powinno się zabijać takie sieroty przy porodzie. Pewnie jej rodzicami byli jacyś pijacy i zrobili ją w więzieniu pod wpływem.. Hahah.
- Tak. Hahah.
Gdy głosy ucichły Domi zsunęła się z drzewa i usiadła na ziemi płacząc, te wszystkie słowa, czy to była prawda, a może ten list to sprawka Lucy ? Wiedziała jedno, nie może w takim stanie pokazać się babci, spojrzała na swoją bluzkę, była cała mokra od łez. Dziewczynka szybko wskoczyła do rzeki , zimna woda pozwoliła jej ochłonąć i ukryć płacz. Nałożyła na twarz sztuczny uśmiech i ociekając wodą ruszyła bocznymi uliczkami do domu. Gdy stanęła pod drzwiami słońce świeciło już w pełnej krasie, weszła do domu i zaniemówiła, przy stole siedziała jej babcia i jakiś nie znany jej młody brunet. Spojrzała przelotnie na zegarek, była 10.30 ! Czy to możliwe ?
- Dzień dobry – Powiedziała ostrożnie.
- Witaj, ty to pewnie Dominique, tak ? Zaraz, zaraz.. gdzie to ja miałem te kartki.. Ech, no bo ten tego.. O Są. Emm. Przywitaj się, powiedz o magii.. Ee.. chwileczkę – Motał się owy pan. Babcia patrzyła jednocześnie rozbawiona na niego jak i lekko zezłoszczona na Domi.
- Proszę pana, niech się pan uspokoi – Popatrzył na dziewczynkę zagubiony – Jestem Dominique Roven, a pan ?
- Ech.. Przepraszam, jestem po raz pierwszy na wizycie u ucznia. Jestem profesor Neville Longbottom, uczę zielarstwa w Hogwarcie.
- Pozwoli pan, że się przebiorę i jak wrócę to zadam panu jakieś tysiąc pytań ? – Dziewczynka uśmiechnęła się promiennie, ten mężczyzna pozwolił jej na chwilę zapomnieć o przykrych sprawach. A do tego nie wyglądał jakby udawał.
- Och, nie musisz iść –Wyciągną jakiś patyk i machną nim, w jedną chwile mokre rzeczy wyschły. Dziewczynka popatrzyła na niego wielkimi oczami, przecież to nie jest normalne..
– Więc co byś chciała wiedzieć ?
-  Jak pan to zrobił ? Czy to prawda ? Czy istnieje świat magii ? Czy mogę czarować ? I jak ? Kiedy ? Co ? Dlaczego ? Wszystko !
- Eee.. Normalnie ? Tak, istnieje świat magii, jest szkoła dla młodych czarownic i czarodziejów, ty dostałaś list więc jesteś magiczna, 1 września rozpoczyna się rok szkolny, mieszka się w dormitorium i można wracać na święta ferie i wakacje, czaruje się za pomocą umysłu i różdżki, są też eliksiry i zielarstwo oraz Opieka nad magicznymi stworzeniami. Emm.. Co jeszcze.. Co jeszcze chcesz wiedzieć..?
- Ja nie mogę, nie zostawię babci samej..
- Kochanie, to twoja szansa, jedź ! Będę z ciebie bardzo dumna.. – Wtrąciła się babcia, a w głowie Domi pojawiły się urywki niedawno usłyszanej rozmowy.. „idiotka z tej Dominique, w tym roku w szkole będzie miała piekło” „sabotowanie jej domu” „Szkoda mi jej babki, biedna musi użerać się z takim czymś” „nie pasuje do ludzkiego życia” „zabijać przy porodzie”.. To właśnie tam jest jej świat, tam przynależy i pasuje. Musi uratować honor swoich rodziców i swojej babci. Swój honor. Zacisnęła szczękę, powstrzymała łzy i zapytała:
- Skąd mam wziąć te wszystkie rzeczy ? – Profesor przypatrzył jej się badawczo.
- Wiesz, pomogę ci wybrać strój i teleportujemy się na pokątną, prowadź do sypialni .
- Ekhm.. Dobrze, tędy.. – Poszli na górę i do pokoju Domi, sama zainteresowana cieszyła się, że ma w nim względny porządek. Zaprowadziła swojego nowego nauczyciela przed szafę i otworzyła ją – Eee.. Jak powinnam się ubrać, żeby się nie wyróżniać ?
- em.. I tak się będziesz wyróżniać, ale to nic złego – Nauczyciel uśmiechną się do niej uspokajająco – Bo mi chodzi o to, że jesteś dla mnie miła, jak jeszcze nikt, a już trochę uczę.. i Em.. Widzę, że cię coś trapi, może mógłbym pomóc.?
- Nie wiem, czy powinnam panu zawracać głowę.. – Nie chciała zwierzać się swojemu przyszłemu nauczycielowi, ale czuła, że jak się komuś nie wygada to eksploduje, a babci nie chciała martwić.
- Ee. Jak chcesz to poza lekcjami możesz mnie nazywać po imieniu..
- Dobrze Neville, usiądziesz – Dziewczynka uśmiechnęła się smutno – Po prostu tutaj zawsze byłam inna, żadne dzieci nie chciały ze mną przebywać i miałyśmy z babcią tylko siebie. Kiedyś bez zastanowienia odpowiedziałabym, że nigdzie nie jadę, ale po tym co ostatnio usłyszałam i po głębszym namyśle, to chyba tam jest mój świat.. Boję się tylko, że nigdzie nie pasuję.
- Nie martw się Dominique, z tego co widzę to jesteś wspaniałą dziewczynką. W świecie magii odnajdziesz się znakomicie. Wiesz, ja byłem cichym, pulchnym chłopcem a znalazłem przyjaciół. Zobaczysz, że w Hogwarcie będziesz miała drugi dom. I zawsze możesz do mnie przyjść z problemami , a co powiesz, żeby wybrać się zaraz na szalone zakupy ? – Neville uśmiechną się promiennie.
- Dobrze, mam nadzieję, że masz rację. – Odwzajemniła uśmiech. Profesor machną magicznym patykiem i Domi miała na sobie czarną pelerynę – Chodźmy jeszcze do babci.
- Oczywiście – Zeszli po schodach i starsza kobieta poczęstowała ich ciastem, a dla dziewczynki dała jakiś woreczek. Domi zajrzała do środka i zaniemówiła.
- Babciu, skąd ty masz tyle pieniędzy ?!
- Och, kochanie, wiedziałam, że się kiedyś przydadzą. I widzisz, w sam raz.
- Dziękuję ! – Dziewczynka uściskała kobietę mocno.
- Mam nadzieję słoneczko, że w końcu znajdziesz swoje miejsce w świecie i swoich przyjaciół. Tego właśnie ci życzę. A teraz idź już, bo widzę, że twój nauczyciel się już najadł ciasta. – Uśmiechnęła się do Domi i jeszcze dodała zwracając się do Profesora – Niech się pan nią opiekuje, to mój największy skarb.
Dwójka ludzi w czarnych pelerynach wyszła za dom, mężczyzna rozejrzał się czy nikogo nie ma w pobliżu i odezwał się – Gotowa rozpocząć nowy etap swojego życia Dominique ? –Dziewczynka nie ufając swojemu głosowi jedynie z uśmiechem pokiwała głową – To chwyć mnie mocno za rękę i pod żadnym pozorem nie puszczaj.
Obrócili się w miejscu i dziewczynce krzyk uwiązł w krtani poczuła nagłe szarpnięcie i jakby ktoś pchał ją na ścianę, jakby gdzieś przeciskał. Ograne ciśnienie na nią napierało, nagle wszystko ustało i poczuła grunt pod stopami, zatoczyła się lekko i wzięła kilka głębszych wdechów.
- Wspaniale, jeszcze nie widziałem, żeby koś tak dobrze zniósł pierwszą teleportację.
- Ja.. ja się właśnie teleportowałam ?!
- Tak, a co myślałaś ? – Neville miał zabawną minę.
- Nie ja po prostu, ja nic nie wiem o świecie czarów.
- Dowiesz się wszystkiego, teraz chodź.. – Pociągnął ją do jakiegoś podrzędnego baru na który ludzie nawet nie zwracali uwagi, jego nazwa głosiła „dziurawy kocioł”. Dziewczynka zaczynała mieć obawy czy jej nowy roztrzepany znajomy przypadkiem nie zabłądził.
- Eee. Na pewno dobrze idziemy prosz.. ee.. Neville ?
- Tak, popatrz – Otworzył drzwi i weszli do środka, wyglądał lepiej i przytulniej niż się jej wydawało, a co najważniejsze nie wiedziała jak może być tak duża sala w tak małym budynku, chyba musi się jeszcze wiele dowiedzieć o swoim nowym świecie. – Cześć, Tom. Witam panią Solir… – Neville witał się z niektórymi osobami inne z ciekawością patrzyły na rudą. A co najważniejsze wszyscy byli dziwacznie poubierani, mieli na głowach jakieś krzywe czarne, szpiczaste czapki. Rozmawiali o jakiś eliksirach, nowym wydaniu czarownicy.. I pili coś czego Domi w życiu nie widziała, a więc to jednak prawda, istnieje ten cały świat czarów. Ciekawe czy ona jest czarownicą.. Automatycznie skierowała się za swoim przewodnikiem, wyszli tylnymi drzwiami na jakieś podwórko. Neville wyją ten swój patyki i postukał w mur, cegły zaczęły się przesuwać ukazując sklepienie, teraz już nie miała wątpliwości..
Za kamiennym sklepieniem była ulica, ale nie taka zwykła, Wszędzie były dziwne budynki, niektóre poprzechylane inne.. takie, że powinny już dawno się wywalić. Wszędzie chodzili ludzie w dziwacznych strojach, różne dziwne panie krzyczały „Kto chce proszek na kurzajki, tylko tu ” „Kupcie amulety chroniące przed biegunką…” Pojawiały się różne sztuczne ognie i wybuchy. Ludzie wesoło gawędzili chodząc od sklepu do sklepu. Byli rodzice ze swoimi pociechami, Domi zrobiło się smutno gdy popatrzyła na wesołą rodzinę która obecnie przechodziła obok niej, doje chłopców wesoło gawędziło o jakimś qudiczu czy czymś takim, do ich rozmowy co raz włączał się wysoki ciemnowłosy mężczyzna, obok szła drobna rudowłosa kobieta i uśmiechała się czule do wesołej rudej kobiety. Gdy rodzina odeszła Domi przyjrzała się Nevillowi, był nieco nieporadny, ale taki przyjacielski, wiedziała, że może zwrócić się do niego ze wszystkim, chociaż znali się kilka chwil, ale ciekawiło ją jak on radzi sobie w życiu.
- Em.. Neville, opowiesz mi coś o sobie ? Masz żonę, albo dzieci ? Jak nie chcesz to nie mów, ja tak tylko..
- Ej mała, jesteśmy przyjaciółmi czy nie ? –Zatrzymał się i kucną przed dziewczynką.
- No chyba tak.. – Uśmiechnęła się niepewnie.
- Więc mam propozycje, po zakupach pójdziemy do lodziarni i wszystko ci opowiem – Uśmiechnął się ale w jego oczach zobaczyła zmartwienie.
- Dobrze, więc gdzie idziemy ?
- Widzisz ten biały budynek ? – Wskazał na wielką krzywą białą budowlę – To jest Bank Gringotta, tam zamienimy ci pieniądze, chodźmy… – Poszli do tego budynku, jego wnętrze było fenomenalne, ale Domi przestraszyły małe dziwne stworzenia.. Nie pytała o nie Nievilla, bo się bała, że usłyszą. Wymienili pieniądze i wyszli z tego dziwnego miejsca. Domi zauważyła, że jej przewodnik przycichł po wzmiance o domu i się skarciła za to.
- Nev, nie musisz mi nic opowiadać, tylko się nie smuć już, ok ?
- Och, nie o to chodzi, po prostu wspominam stare lata, też nie miałem rodziców i mieszkałem z babcią, ale ona była dużo grosza od twojej, nie chcę, żebyś też miała złe dzieciństwo, bo już w te kilka godzin bardzo cię polubiłem.
- Ja cię też, nie martw się. Nie jest wspaniałe, ale myślę pozytywnie – Zmusiła się do uśmiechu, od kiedy się o wszystkim dowiedziała jej wewnętrzna arogancka wybuchowa optymistyczna wersja przycichła.
- Chodź do Olivandera, ma najlepsze różdżki..
- Super - Domi nie chciała nic mówić ale bała się, że ona wcale nie jest czarownicą.. Bała się, że teraz wyrzucą ją z tej wspaniałej ulicy i każą nie wracać..
Nim się obejrzała byli już w środku zakurzonego pomieszczenia, drzwi przy wejściu miały dzwonek który wezwał, dosłownie, zakurzonego staruszka ! Uśmiechnął się ciepło do dziewczynki i podał jej opakowanie, dziewczynka otworzyła je i sobaczyła patyk, podobny do tego który ma Neville. Spojrzała pytającym wzrokiem na staruszka..
- No machnij – Powiedział.
Dziewczynka niepewnie wzięła patyk i nim machnęła, rozwaliła przy tym półkę.
- Nie przyjmuj się – Powiedział ten dziwny pan i mamrocząc coś zniknął w głębi jednej z półek, Domi bała się, że to znaczy, że wcale nie jest magiczna, że tu nie pasuje, ale starzec wrócił z nowym pudełkiem. Wyjęła kolejna różdżkę i machnęła. Tym razem podpaliła stół. Mężczyzna przyjrzał się jej dokładnie i znów zaczął mamrotać, wyłapała słowa, jak „możliwe” „absurd” Po chwili wrócił z bardzo starym pudełkiem, nie podobnym do tych które dostała wcześniej, sam wyjął patyk, znaczy różdżkę i delikatnie wręczył jej drewienko do ręki, gdy tylko jej dłoń spotkała się z drewnem poczuła jak ciepło rozlewa jej się po ciele, wiedziała już, że to ta. Machnęła i z jej różdżki zaczęło sączyć się jasne światło. Uśmiechnęła się szeroko.
- Moja droga, jest to różdżka z włosem pierwszej willi, bardzo wyjątkowa, oraz bardzo potężna.. Nigdy bym nie pomyślał.. A jednak.. To będzie sześć galeonów .. – Dziewczynka wręczyła mu 6 złotych monet, podziękowała i z Nevillem wyszła ze sklepu. Potem poszli po szaty, gdzie spędzili trochę czasu, dziewczynce nie chciało się wierzyć, że krawaty zmienią kolor w zależności od czegoś tam.. Potem zaliczyli jeszcze wiele sklepów, na koniec dziewczynka była już pewna, że jest czarownicą, Nev powiedział jej, że dopóki nie pójdzie do Hogwartu może próbować małych czarów poza murami zamku bezpiecznie, bo nie zwrócą na to uwagi, kupiła też kilka książek uzupełniających w tym jedną bez wiedzy Nevilla o wojnie, z jakiś powodów nie chciał, żeby ją miała, wszystkie rzeczy pakowali do zmniejszonego kufra i one również się zmniejszały. Gdy mieli już wszystko z listy Neville zabrał ją do sklepu ze zwierzętami, żeby kupić zwierzę, Dziewczynka wybrała sowę, żeby pisać do Babci. Była to niewielka brązowa płomykówka o intensywnie zielonych oczach. Domi od razu wiedziała, że musi ją mieć. Gdy kierowali się do lodziarni wstąpili jeszcze do magicznych dowcipów Weasley’ów gdzie dziewczynka kupiła kilka interesujących rzeczy, życie to życie trzeba się bawić. Chociaż ciągle onieśmielał ją świat magii, po zakupie różdżki ( która spoczywała w jej kieszeni ) czuła się dziwnie spokojna. Zamówili lody, Domi 3 kulki czekoladowo-gargólkowych a Neville maślano-elfich i usiedli na przy stoliczku na zewnątrz.
- Więc chcesz coś o mnie wiedzieć ?
- Em.. Nie chce robić problemu.. ale tak.
- Ech.. Uczę w Hogwarcie, to już wiesz, mam żonę, Lunę, wspaniała kobieta.. Ale niestety jest w zagrożonej ciąży, nie powinna w ogóle wstawać z łóżka bo oboje mogą umrzeć, ona i nasze nienarodzone dzieciątko, ale ona nie potrafi leżeć spokojnie.. Tak się o nią martwię.. – Domi położyła mu rękę na ramieniu, chociaż poczuła ukłuci zazdrości do nienarodzonego dziecka, że będzie miało rodziców, ale szybko je stłamsiła. Na ich miejsce zalał ją smutek.. I z powodu dziecka i Luny i siebie. Zostało jej 2 tygodnie do rozpoczęcia roku w Hogwarcie, nie mogła się doczekać . Oboje zatopieni w swoich myślach dokończyli lody.
- Domi, możemy teraz wrócić do domu albo.. Chociaż.. nie..
- Nev ! Przyjaciele, pamiętasz ?
- Moglibyśmy teleportować się do mnie i poznasz Lunę.. Ale to jak chcesz.. – Dziewczynka bardzo chciała poznać żonę Nevilla ale na myśl o teleportacji zrobiło jej się niedobrze..
- Z chęcią, ale się jeszcze nie przyzwyczaiłam do teleportacji, wiesz..
- O ! Możemy użyć Świstoklika !
- Czego.?
- Zobaczysz – wziął z kosza serwetkę, poszli razem na ubocze ulicy, Nev dotkną różdżką serwetki i powiedział „portus”, zaczęła się świecić na niebiesko – złap ją mocno – dziewczynka złapała i po chwili poczuła szarpnięcie w okolicach pępka i poczuła jak wiruje, było to coś jak kolejka górska, zaczynało jej się podobać aż nagle boleśnie upadła na ziemię.. Obok niej stał chichoczący mężczyzna.
- Wiesz, ja chyba zostanę przy teleportacji – Powiedziała wstając z ziemi i z niedowarzaniem patrząc na okazały krzywy dom, w normalnych warunkach by się przewrócił, każda deska miała inny kolor a każde okno inny kształt, zamiast dachu było szkło, a w ogrodzie rosły dziwne rośliny jakich nigdy nie widziała.
- Robi wrażenie ?
- I. TO. JESZCZE. JAK.. Wszystkie domy czarodziejów tak wyglądają ?
- Nie, moja Luna jest wyjątkowa. – Uśmiechną się szeroko – Przeszli przez ciekawy ogródek i weszli do domu którego wnętrze było równie niezwykłe jak na zewnątrz. Nie dość, że różne magiczne rzeczy jak samozmywające się naczynia to tylko kolorów i kształtów, w środku tego bałaganu krzątała się blond włosa śliczna kobieta, chyba coś piekła.
- Witaj kochanie, witaj..
- Dominique
- Witaj Dominique – głos kobiety był rozmarzony – jestem Luna, a tu – wskazała na swój lekko zaokrąglony brzuch – Jest nasz mała pociecha.
- Luna, miałaś leżeć ! – Powiedział zdenerwowany Neville.
- Oj, kochanie… O ciasteczka ! Zjesz Domi ?
- Eee. Z chęcią. Podeszła do stołu w kształcie.. ee.. chyba jakiegoś liścia i usiadła.
- Więc, będziesz chodziła do Hogwartu ? Wspaniała szkoła, pamiętam swoje lata, mówli na mnie pomyluna – Kobieta, uśmiechnęła się lekko ale zbladła – Oj, Nev znów mi słabo. – Neville podbiegł do niej i pomógł jej usiąść na krzesło.
- Bo nie powinnaś tyle chodzić !
- Wiem, wiem, ale jak widzę rozmowa się udała.
- Tak – wtrąciła Domi, dziwnie się czuła naruszając ich prywatność – Ale wolałabym już wrócić, babcia się pewnie martwi.
Och, już, chodźmy – Wyszli na zewnątrz – Świstoklik czy teleportacja ?
- Em.. Teleportacja – Powiedziała Domi czując ból w kolanach. Złapała Nev’a za ramię i się teleportowali, Uczucie było podobne ale słabsze, więc dziewczynka stwierdzała, że da się przyzwyczaić. Gdy byli już pod domem, Nev powiększył jej kufer. Podał jej jakiś kawałek papieru, bilet.
- Domi, masz jak się dostać na peron ?
- Chyba nie, nie mamy z babcią samochodu.
- To przyjdę i się teleportujemy, dobrze ?  – Uśmiechną się i z cichym trzaskiem zniknął, widząc potakiwanie głową Domi. Dziewczynka złapała swój wielki kufer i ruszyła do drzwi, gdy zapukała otworzyła jej babcia, poczuła intensywny zapach jej słynnych placków i poczuła się strasznie głodna, wtaszczyła kufer do domu i podbiegła do stołu.
- Najpierw umyj rączki kochana.
- Już babciu – Domi w ekspresowym tempie umyła ręce i nim się obejrzała jadła już ciasto na deser. Z drobną pomocą opiekunki wniosła kufer do pokoju i położyła się zmęczona na łóżku. Chciała jeszcze pożyczać, ale zdążyła tylko wyjąć różdżkę z kieszeni i zasnęła.

1. Dziwny list.



Niepewność jest jak sól. Żadna potrawa bez niej nie nadaje się do zjedzenia, ale wyobraźmy sobie, że mielibyśmy się żywić wyłącznie solą... 
Joanna Chmielewska, Jak wytrzymać z mężczyzną

Letnie, poranne promienie słońca wlały się do małego ale urokliwego pokoiku w domku znajdującym się w okolicach Londynu. Wspomniany pokój nie był duży, ściany w nim były koloru dojrzalej pomarańczy, w rogu stało biurko a obok szafa wykonana z ciemnego drewna, na dywaniku w środku pokoju stało łóżko a na nim spała mała rudowłosa dziewczynka, którą zaczynały budzić owe promienie. Otworzyła zaspane oczy i uśmiechnęła się szeroko „mam jedenaście lat ” pomyślała dumna. Jej krótkie życie nie było najlepsze, ale pomimo to nigdy z jej twarzy nie schodził uśmiech. Mieszkała w małym domku razem ze swoją babcią, jej rodzice umarli gdy była malutka. Nie pamięta ich, chociaż czasem śni o szyderczym śmiechu i czarnej tkaninie, jakby to była masa ludzi, jakieś zielone promienie oraz wręcz czuje ból, zwykle wtedy budzi się z krzykiem, a babcia ją uspokaja. Nie miała przyjaciół, zawsze była tą inną, tą dziwną. Nie przeszkadzało jej to ale było dołujące. Miała tylko babcię i nikogo więcej. Dzieci z sąsiedztwa nie chciały mieć z nią nic wspólnego od pewnego incydentu.

Rudowłosa ośmiolatka bawiła się z innymi dziećmi piłką, młodsze dzieci biegały śmiały się.. Akurat starsi chłopcy złapali piłkę, droczyli się z dzieciakami i nie chcieli jej oddać. Dominique, bo tak miała na imię dziewczynka zdenerwowała się, skupiła całą swoją uwagą na wyśmiewającym ją chłopaku, który trzymał piłkę i nagle ona pękła. Dzieci nie wiedziały co się dzieje, więc wszystko złożyły na najmłodszą Domi, wyśmiały ja od dziwadeł i odtąd wszystko co złe na świecie było zrzucane na zawsze uśmiechniętą rudowłosą dziewczynkę, tak bardzo ukrywającą się za uśmiechem, cicho pragnącą akceptacji.. 

Z czasem przyzwyczaiła się i kochała swój mały świat, nie chciała w nim fałszywych ludzi i innych intruzów. W związku ze swoją samotnością nie liczyła na prezenty, wiedziała, że babcia bardzo ją kocha, ale nie ma pieniędzy, żeby kupować jej najnowsze nowinki techniczne, z drugiej strony jedenastolatka nawet ich nie chciała, wspaniale czuła się sama ze sobą. Wstała i podeszła do szafy, chciała dziś wyglądać wyjątkowo, nie pomagał jej fakt, że nie miała wiele rzeczy, miała kilka bluz i sweterków, dużo sukienek i spódniczek, bluzeczek i spodenek, wszystko mieściło jej się w jednej niedużej szafie, nie były to jakieś nowe czy super modne rzeczy, tylko zwykłe wygodne.  Wybrała zieloną bluzkę na ramiączkach i granatową spódniczkę. W łazience wykonała poranną toaletę, przebrała się i spojrzała w lustro, zobaczyła tam dziewczynkę, z bladą rozświetloną cerą, dużymi szaro-niebieskimi, błyszczącymi oczami, które okalały gęste rzęsy, prostym lekko zadartym, małym noskiem i długimi rudymi włosami, które się lekko falowały, w zależności od pogody, były proste jak było sucho i kręciły się pod wpływem wilgoci. Uśmiechnęła się do siebie, uważała się za przeciętną, chociaż była o wiele ładniejsza od wszystkich swoich rówieśniczek i nie tylko. Jej typ urody był unikatowy i coś w niej jakby przyciągało, a zwłaszcza gdy była pewna swojego wyglądu. 
- Dominique, śniadanie ! – Usłyszała głos swojej babci, jeszcze raz w lustrze oceniła swój wygląd, uśmiechnęła się do swojego odbicia i zbiegła schodkami na dół.
- Cześć babciu, co na śniadanie ?
- Witaj kochanie, dzisiaj specjalnie dla ciebie urodzinowe śniadanko – Domi uśmiechnęła się szeroko. Po chwili jej babcia postawiła przed nią talerz pełen naleśników z dżemem. Zjadła wszystkie ze smakiem i czekała aż jej babcia też skończy. Po chwili usłyszała –Mam dla ciebie prezent..
- Babciu, wiesz, że nie trzeba, wystarczy, że jesteś.
- Proszę kochanie i bez dyskusji – kobieta w żartach pogroziła jej palcem i wręczyła małe pudełeczko – To jest naszyjnik, który miałaś na szyi w dniu kiedy odeszli twoi rodzice, teraz jest twój, zaopiekuj się nim dobrze.
Dominique uśmiechnęła się i popatrzyła w okno, owiał ją lekki, letni wiaterek wpadający do pomieszczenia. Wiedziała, że babcia coś ukrywa ale nie chciała nalegać, wiedziała, że jeżeli babcia będzie chciała to wyjaśni jej wszystko, jaj rozmyślania przerwał ptak, dokładnie sowa, która leciała wprost na nią, przez otwarte okno. Ptak wleciał do pomieszczenia i usiadł na sole wyrzucając na stół list który miała w dziobku. Popatrzyła jeszcze na dziewczynkę badawczym wzrokiem i poleciała, tam skąd wróciła. Domi i jej babcia patrzyły w zdziwieniu na kopertę leżącą na stole. Przecież sowy nie przynoszą listów, od tego jest listonosz. Czy to jakiś żart ?! Popatrzyła na przesyłkę. Napisane na niej zielonym atramentem było:

Panna Dominique Roven
Realy Street 50, pokój na piętrze, Londyn

Domi zdziwiona podniosła przesyłkę, na odwrocie widniała starodawna pieczęć, a na niej jakiś dziwny herb. – Coś tu nie gra, normalne listy nie są tak adresowane, może to żart – pomyślała dziewczynka, spojrzała badawczo na zadziwioną babcię i wykluczyła ją z kręgu podejrzanych. Po kolejnych pięciu minutach ciszy postanowiła zobaczyć co jest w środku, drżącymi rękami przełamała pieczęć i wyjęła jedną z kartek głosiła ona:

Szanowna Panno Roven
Informujemy, że z dniem 1 Września ma Pani możliwość rozpocząć naukę w Szkole Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie. Ponieważ pani opiekunka jest mugolem, najprawdopodobniej nie wie pani o świecie magii, ktoś zjawi się u Pani nazajutrz ok. godz. 10:00 ,by pomóc w szkolnych zakupach i wyjaśnić szczegóły.
Dyrektor Szkoły Magii i Czarodziejstwa w Hogwarcie
Bohaterka wojenna, zdobywczyni orderu Melrlina I klasy
Minerwa McGonnagall

Dziewczynka miała mieszane odczucia, ale postanowiła zobaczyć co znajduje się na drugiej kartce, miała cichą nadzieję, że nie są to słowa drwiny iż dała się nabrać. Podświadomie podsunęła przeczytaną kartkę swojej babci, a sama wyjęła kolejną również napisaną zielonym atramentem:

„UMUNDUROWANIE:
Studenci pierwszego roku muszą mieć:
1. Trzy komplety szat roboczych (czarnych)
2. Jedną zwykłą spiczastą tiarę dzienną (czarną)
3. Jedną zwykłą parę rękawic ochronnych (ze smoczej skóry lub podobnego rodzaju.)
4. Jeden płaszcz zimowy (czarny, zapinki srebrne)
UWAGA: Wszystkie stroje uczniów powinny być zaopatrzone w naszywki z imieniem.
PODRĘCZNIKI:
Wszyscy studenci powinni posiadać po jednym egzemplarzu następujących dzieł:
1. Standardowa księga zaklęć (stopień I) Mirandy Goshawk
2. Dzieje magii Bathildy Bagshot
3. Teoria magii Adalberta Wafflinga
4. Wprowadzenie do transmutacji (dla początkujących) Emerica Switcha
5. Tysiące magicznych ziół i grzybów Phyliddy Spore
6. Magiczne wzory i napoje Arseniusa Jiggera
7. Fantastyczne zwierzęta i jak je znaleźć Newta Scamandera
Ciemne moce: poradnik samoobrony Quentina Trimble`a
POZOSTAŁE WYPOSAŻENIE:
1. 1 różdżka
2. 1kociołek (cynowy, rozmiar 2)
3. 1 zestaw szklanych lub kryształowych fiolek.
4. 1 telesko
5. 1miedziana waga z odważnikami
Studenci mogą także mieć jedną sowę, ALBO jednego kota, ALBO jedną ropuchę.
PRZYPOMINA SIĘ RODZICOM, ŻE STUDENTOM PIERWSZYCH LAT NIE ZEZWALA SIĘ NA POSIADANIE WŁASNYCH MIOTEŁ.”

Sowy, miotły.. I co jeszcze ? To się nie trzyma kupy – gorączkowo myślała dziewczynka. No nic wystarczy czekać do jutra i zobaczyć co się będzie działo. Westchnęła i odłożyła kartkę na stół. Poniosła wzrok i napotkała spojrzenie szarych oczu.
- Co o tym myślisz Domi ?
- Nie wiem, myślę, że jutro się wszystko wyjaśni – dziewczynka uniosła wargi w czymś na kształt uśmiechu, żeby uspokoić jedyną jej bliską osobę. Była bardzo poważna i rozsądna jak na swój wiek – Chyba pójdę na spacer.
- Dobrze, tylko wróć proszę na obiad. Ja upiekę na jutro jakieś ciasto. Ach, uwielbiam gości – rozmarzyła się babcia. Rudowłosa nie zamierzała jej zdradzać, ze obawia się, ze to jakiś żart, zawsze sama może zjeść ciasto. Już w pogodniejszym nastroju wyszła z domku, przeszła przez malowniczy kwiecisty ogródek i skierowała się w stronę swojego azylu. Na jej nieszczęście spotkała po drodze Lucy, dziewczynę w jej wieku która jej nie znosiła. Chodziły do jednej klasy, Lucy była typową Barbie, długie blond włosy, twarz z mnóstwem makijażu.. Zawsze ubrana w skąpe, modne i drogie rzeczy chciała być lepsza od Domi, na którą chłopacy patrzyli maślanymi oczami nawet bez kusych strojów, jakie nosiła Lucy. Głównie przez tą diwę, której nikt nie chciał wchodzić w drogę, Domi nie miała z kim porozmawiać, groziło to wykluczeniem towarzyskim i szantażowaniem czy nawet pobiciem.. 
- Witam szanowne dziwadło, jeszcze cie w cyrku nie zamknęli ? – zapytała drwiącym głosem. Domi ostentacyjnie ją zignorowała i poszła dalej, Nie pokazując jak te słowa bardzo ja ranią. Doszła aż nad rzekę, gdzie wdrapała się na wierzbę, tam była jej kryjówka przed światem, tam mogła w spokoju pomyśleć i wszystko przeanalizować. Jeśli to prawda, to znaczy, że.. No właśnie co to znaczy ? Nie chciała wyjechać do jakiejś szkoły i zostawić babci, ale z drugiej strony nie chciała żeby jej szansa się zmarnowała. Nie wiedziała co robić, musi poczekać – jej postanowienie. Posiedziała nad rzeką z godzinę i z uśmiechem skierowała się do domu żeby zdążyć na obiad. Jutro się wszystko wyjaśni, pomyślała zasiadając do stołu.

0. Prolog




Życie nie jest za darmo - narodziny stanowią pierwszy rachunek, należy zatem płacić wszystkie następne, aby odsunąć jak najdalej ostateczny koniec.

Maxime Chattam — W ciemnościach strachu »narrator (Część pierwsza, rozdział 4)



Wokoło było ciemno, zimny wiatr hulał między drzewami, w środku lasu stał mały domek. Na piętrze paliło się światło. W pewnym momencie mrok rozdarł kobiecy krzyk, przechodziły od niego ciarki na plecach. Piękna blondynka leżała cała spocona na niewielkim łóżku, za rękę trzymał ją rudowłosy mężczyzna, który miał twarz naznaczoną bliznami. Oboje z lekkimi uśmiechami wpatrywali się w malutkie dziecko, które przed chwilą urodziła blondynka. Trzymała je Dominique, przyjaciółka Fleur, bo tak miała na imię blondynka. W obecnych czasach rodziny wrogów Lorda Voldemorta nie mogły się czuć bezpiecznie. Dlatego właśnie, kobieta musiała rodzić na odludziu. Spokojną ciszę przerwały trzaski teleportacji, mężczyzna podbiegł do okna i zobaczył ok. dwadzieścia zakapturzonych postaci, spojrzał z przerażaniem i ukrytą prośbą na kobietę trzymającą dziecko, a sam złapał swoją żonę i deportował się.  Kobieta uczyniła to samo, lecz wiedziała, że mogą ją wyśledzić.  Przeniosła się na przedmieścia Londynu i zawiesiła swój naszyjnik na szyi malutkiej dziewczynki, którą położyła na progu pierwszego lepszego domu. Rzuciła na nią Kilka zaklęć i oddaliła się..
Następnego dnia w proroku codziennym ukazał się artykuł o znalezieniu zmasakrowanego ciała Dominique Gawen. Wraz z kobietą zginęła nadzieja na odnalezienie malutkiej istotki, która kiedyś odegra wielką rolę w życiu wszystkich czarodziejów, mugoli i innych magicznych ras.